Relacja:Roman Bielański

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Jak Andrzej Słowik nielegalnie wyjechał na Zachód w 1985 roku

To było chyba na początku 1985 roku. Zapadła wtedy decyzja, żeby jeden z członków kierownictwa krajowego Solidarności wyjechał na zachód. Rodziło to dużo problemów, które należy omówić bardziej szczegółowo. Dotyczyło to wsparcia politycznego, materialnego, sprzętowego i trudno było wszystko omawiać za pośrednictwem kurierów. Trzeba było zorganizować akcją przerzutu znanego działacza nielegalnie przez granicę Z przyczyn mi nieznanych, których mogę się jedynie domyślać, wybór padł na mnie. Sądzę, że za wyborem mnie przemawiało to, że byłem już we Francji w 1984 roku, poznałem tam Mirka Chojeckiego, jak również fakt, że w czasie śledztwa odmówiłem zeznań, a pewnie też po prostu przypadek.

„Krajówka” wytypowała Andrzeja Słowika, przewodniczącego Zarządu Regionu łódzkiego, jako osobę, która ma wyjechać, a dokładniej być przerzucona za granicę, ponosząc przy tym największe ryzyko.

Na początku nie miałem pojęcia jak to ma być zrobione, miałem wystąpić o paszport, po otrzymaniu zaproszenia z Francji. Paszport dostałem i pojechałem do Paryża, co samo w sobie było miłym wydarzeniem, po ponurym obrazie kraju i po poprzednim pobycie, kiedy pozostawiłem tam sporo znajomych. Wyjechałem chyba na początku października, tak się złożyło, że w Warszawie była deszczowa i chłodna pogoda, a w Paryżu na powitanie słońce, ciepło. Po dojechaniu do „miasta” z lotniska, usiadłem w ogródku jakiejś kawiarni i spokojnie wypiłem piwo. Poczułem się jak normalny obywatel, na którego nikt nie zwraca uwagi i nie musi się oglądać na każdym rogu.

Cały przerzut organizował Chojecki, który chyba miał to już przećwiczone, w każdym razie sprawiał takie wrażenie. Umówiliśmy hasła, sposób kontaktu i reszta przygotowań w kraju spadała na moją głowę.

Po dogadaniu szczegółów wróciłem na lotnisko. Odprowadzili mnie Grażyna Wolańska i Piotr Chruszczyński. Miałem ze sobą sporo sprzętu komputerowego, chyba na potrzeby podziemia. Ciężkie to, miałem jeszcze załatwić zwrot VAT, czyli poświadczyć na lotnisku, że wywiozłem z Francji ten sprzęt. Z tego powodu przyjechaliśmy na lotnisko trochę wcześniej, a tu się okazało, że samolot się spóźnia. Z lataniem samolotem było dość zabawnie, chodzi mianowicie o cenę biletu. Trudno to było wytłumaczyć Francuzom, że samolot jest tańszy niż pociąg. Dla nas to było dość oczywiste, dziś też wydaje się bzdurne, ale dowcip polegał na tym, że za pociąg od granicy płaciło się w „cennych dewizach”, a za samolot płaciło się złotówkami. Przy ówczesnych sztucznych przelicznikach walut powodowało to, że pociąg był droższy od samolotu. Grażyna i Piotr postanowili towarzyszyć mi do odlotu samolotu. Poszliśmy do miejscowego sklepu bezcłowego, gdzie zostałem obdarowany na drogę butelką calvadosu. Butelka była dość długa i wystawiała główkę z reklamówki.

Wylądowałem na Okęciu, jest tam jeszcze stary terminal przylotowy, gdzie widać z salę odpraw z poczekalni. Widziałem w poczekalni znajomych, pomachałem im butelką wystającą z torby. Podszedłem do celnika, a ten zapytał mnie co wiozę. Powiedziałem mu, że sprzęt komputerowy, nie wspomniałem o tajnych materiałach, które wziąłem wbrew radom rozsądnego Piotra. Poprzednio przeszedłem bez żadnej kontroli, więc sądziłem, że nikt mnie nie będzie podejrzewał o taką bezczelność. A tu pan celnik popatrzył na mnie, powiedział chwileczkę i gdzieś zniknął. Najpierw myślałem, że poszedł do toalety, ale po chwili rozejrzałem się i zdrętwiałem. Zobaczyłem przez szybę jakiejś kanciapy, jak mój celnik rozmawia przez telefon. No tak, teraz będzie bal, rewizja, materiały wpadną, będzie mi głupio, że nie słuchałem Piotra i niepotrzebnie szarżowałem. Tylko, że teraz nic nie mogłem już zrobić. Czekam, celnik wrócił sam. Zaczął mnie wypytywać dokładnie co wiozę, stwierdził, że sprzęt to trzeba zgłosić do urzędu skarbowego, czego chciałem uniknąć z dwóch powodów. Po pierwsze nie miałem zamiaru narażać „firmy” na dodatkowe koszty, a po drugie nie chciałem ujawniać sprzętu. Cały czas czekałem aż ktoś mnie zaprosi na rewizję. W końcu celnik zapytał ile wiozę alkoholu. Odpowiedziałem, że tylko tę butelkę, którą ściskam cały czas w garści. Celnik ściszył głos i powiedział: to postaw pan tę flaszkę przy mnie. A siedział za takim kontuarkiem. Natychmiast wykonałem polecenie, i byłem wolny, musiałem tylko znajomym wytłumaczyć co się stało z butelką, którą widzieli z daleka.

Zająłem się przygotowaniem przerzutu od tej strony. Spotkałem się z Andrzejem Słowikiem i ustaliśmy sposób powiadomienia go o terminie. Nie wiedziałem kiedy to będzie, musieliśmy czekać, aż ktoś się do mnie zgłosi. Oczywiście nie mogłem jechać do Łodzi, bo sam już byłem dość jawny jako były więzień i zawsze istniało ryzyko „zawleczenia” jakiegoś ogona. Ustaliliśmy jako hasło jakieś słowo, nie pamiętam już jakie, ale takie, którego użycie w banalnej rozmowie nie zwróciłoby niczyjej uwagi, w przypadku bardzo prawdopodobnego podsłuchu. Pomysł na przerzut polegał na tym, że przyjeżdżali do Polski Jugosłowianie, w tym przypadku we troje, z czego dwoje zajmowało się przerzutem, a trzeci był „słupem” i jego rola sprowadzała się do „zgubienia” paszportu. Czekaliśmy więc, bo niewiele można było zrobić. Wreszcie spodziewana ekipa pojawiła się! Fajnie, tylko że przyjechali 24 grudnia! Z punktu widzenia czujności służb może to dobra data, ale straszne utrudnienie w załatwieniu czegokolwiek. Zostawiłem ekipę w domu w Zielonce i pojechałem do Warszawy, aby odebrać Andrzeja z pociągu, bo miał po usłyszeniu hasła wsiadać w najbliższy pociąg i jechać do Warszawy. Zadzwoniłem do niego z jednego z nielicznych automatów telefonicznych, miotając się po opustoszałej w wigilijny wieczór Warszawie. A Andrzeja wciąż nie było w domu, jego żona z coraz większą niecierpliwością odbierała moje telefony, a ja coraz bardziej nerwowo miotałem się po mieście. Wreszcie go zastałem, porozmawialiśmy i czekałem na pociąg z Łodzi. Potem się dowiedziałem, że właśnie wrócił i po moim telefonie w wieczór wigilijny wyszedł z domu na chyba dwa miesiące. Dotarliśmy w końcu do mojego domu, wszyscy z moimi rodzicami czekali z kolacją wigilijną. Nigdy wcześniej, ani potem nie siadałem do kolacji wigilijnej o 23. Później zaczęliśmy ustalenia z „ekipą”. Okazało się, że potrzebne jest zdjęcie paszportowe Andrzeja. Skąd ja im do diabła znajdę w pierwszy dzień świąt czynny zakład fotograficzny? Przypomniało mi się, że syn Sławki Majewskiej – wspaniałej koleżanki z pracy – jest fotografem, na dodatek „swoim” człowiekiem. Wiedziałem gdzie mieszkali w Falenicy, więc tam pojechałem. Oczywiście bez uprzedzenia, bo telefony były jeszcze rzadkie. Przyjechałem, oczywiście nikogo w domu nie było, bo niby dlaczego ktoś miał być? W końcu jakoś dopadłem fotografa, który zrobił zdjęcia. Nasi eksperci z Jugosławii obejrzeli i stwierdzili, że papier jest nie taki. Prawdę mówiąc nie powiedzieli wcześniej jaki ma być, a ja nie pomyślałem, aby to ustalić. W drugi dzień świąt Andrzej sam pojechał do Warszawy i przywiózł właściwe zdjęcia. Teraz „ekipa” przystąpiła do pracy, preparując paszport i w nocy wyjechali.

Teraz nastąpił okres oczekiwania albo na wiadomość, że przekroczyli granicę, albo na to żeby minął na tyle długi czas, że w przypadku wpadki już by media trąbiły. Denerwowałem się o nich, drogi zaśnieżone, a i granica do przejścia, a w domu został „słup”. Następnego dnia po wyjeździe Słowika, musiałem po coś wyjechać z domu. Po powrocie zastałem ojca, który opowiedział mi historię dość niebezpieczną dla całej sprawy. Mianowicie „słup” zaczął się denerwować, opowiadać coś o pójściu na milicję, bo ojciec najzupełniej słusznie nie chciał go wypuścić z domu. Skończyło się tym, że spił go dość dokładnie i położył spać. Później próbowałem rozmawiać ze „słupem”, trudno powiedzieć, abym odniósł szczególne sukcesy, skończyło się znów na pijaństwie. Po chyba dwu dniach czuwania, aby nam nie umknął, mieliśmy już „słupa” dość i uznaliśmy, że już nie ma niebezpieczeństwa wypuszczenia go. Zapakowałem go do ojcowej „warszawy” i wysadziłem przed ambasadą Jugosławii. Mam nadzieję, ze nie bardzo wie gdzie był. Potem okazało się, ze delegat „krajówki” objechał pół świata i wrócił do Polski.

Opracowanie: Roman Bielański