Relacja:Roman Chwastyk

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Romana Chwastyka

19 VII 2007

Strajk na KWK Borynia rozpoczął się w nocy z 18 na 19 sierpnia o godzinie 00:30. Większość ludzi zgromadziła się na cechowni. Pojawiły się straże w mundurach. Dyrektorem kopalni był wówczas pan Myrczek, który nawoływał do zaniechania organizacji strajku. Gdyby nie jego nadgorliwe próby rozpędzenia zgromadzenia, może by do tego strajku nawet nie doszło. Nieżyjący już kolega nasz Teofil Lemanowski zadał kilka pytań dyrektorowi. Ponieważ Teofil był lekko wstawiony dyrektor zagroził mu, że go za to zwolni. Wtedy ludzie wystąpili w obronie kolegi i ktoś rzucił hasło: „Nie jedziemy na dół!” Wcześniej można było wyczuć niezadowolenie górników, lecz brakowało iskry, która wznieci bunt na kopalni.

Rano 20 VIII jak zwykle przyszedłem do pracy, patrzę : mamy strajk! Przebrałem się i poszedłem pod cechownię pytać, gdzie tu jest jakiś komitet strajkowy? Zastałem kompletny bałagan, nic nie było zorganizowane. Postanowiłem wziąć wszystko w swoje ręce. Zwołałem ludzi na cechownię. Wyszedłem na balkon i mówię: „Panowie, trzeba wybrać komitet strajkowy. Każdy oddział ma pół godziny na wybranie swojego przedstawiciela do komitetu strajkowego.” Po wyznaczonym czasie spotkaliśmy się w salce na oddziale przygotowawczym. Niektóre oddziały wydelegowały jednego człowieka, inne więcej, a niektóre nikogo. Zaczęliśmy formować Komitet Strajkowy. Ponieważ jako pierwszy podjąłem działania organizacyjne, zaczęto wskazywać mnie na przewodniczącego Komitetu Strajkowego. Sformułowaliśmy nasze postulaty i od tamtej pory byliśmy już lepiej zorganizowani. Każdy pełnił straże i za coś odpowiadał. Obstawiliśmy bramy. Do NKS-u wydelegowaliśmy Leszka Wdowiaka. Potem przeprowadzano go na „Zofiówkę”, dokładnie szczegółów już nie pamiętam.

Główny postulat brzmiał - ponowna legalizacja Solidarności. Było też kilka drobniejszych spraw dotyczących wewnętrznych problemów pracowników kopalni, ale dyrekcja nie mogła spełnić tych postulatów. W komitecie było 50 osób. Nie dało się rozmawiać z tak licznym gremium. Byłem wprawdzie przewodniczącym, lecz nie miałem zastępcy. Wraz ze mną byli: Sarna, Maniecki, Dobrzański, więc grupowo podejmowaliśmy decyzje. Nie było bezpośrednich rozmów z dyrekcją, kontaktowaliśmy się drogą pisemną. Przed bramą ludzie spotykali się z rodzinami. Wkrótce zaczęła się pacyfikacja. Zablokowano dojazdy do kopalni. Mimo, że był to strajk okupacyjny, to z brakiem wyżywienia i papierosów borykaliśmy się jedynie w pierwszym dniu. Ludzie, którzy nie strajkowali a widzieli, że strajk trwa, podchodzili pod kopalnię i zostawiali coś do jedzenia, także nie byliśmy głodni. Na początku Strajku było nas bardzo dużo, lecz z dnia na dzień nas ubywało. Najgorsze było to, że nas psychiczne dołowali. Pan Mądry nadawał przez kopalniany megafon, że rodziny strajkujących czekają na nich w domu, albo że pozwalniają wszystkich pracowników. Oprócz tego dokumentował wszystkie nasze działania za pomocą dwóch kopalnianych kamer.

Niewiele mieliśmy łączności ze światem zewnętrznym. Był na pewno Bogdan Lis z Gdańska, którego potem z „Boryni” przerzuciliśmy do MKS-u na „Zofiówkę”. Był na cechowni, przemawiał do ludzi, pamiętali go jeszcze z 80 roku. Nie mieliśmy za dużo informacji z zewnątrz, bo łączności jako takiej nie było. Mieliśmy jedynie ludzi, którzy kursowali między strajkującymi kopalniami i informowali nas o tym, co się na nich dzieje. Głównym naszym informatorem był Stasiu Kot. Nie należał do Komitetu Strajkowego, tylko był naszym łącznikiem. Przywoził prasę strajkową i inne informacje z „górki”. Życie strajkowe toczyło się dalej. Zawsze rano wysyłaliśmy ludzi do zabezpieczania kopalni na dole. Robiliśmy listę i wydawaliśmy przepustki. Specyfika naszego zakładu pracy wymagała, aby część ludzi zwieźć na dół, ponieważ pompy i inne urządzenia muszą być włączone. Wciąż czekaliśmy na rozwój wydarzeń. W czasie strajku nic szczególnego się nie wydarzyło. Nawet w piłkę graliśmy dla zabicia czasu. Dochodziły nas informacje o strajkach na innych kopalniach: Morcinku, Marcelu, Andaluzji. Jeśli dobrze pamiętam to bodajże 5-6 osób przedostało się do nas dołem z kopalni „Żory”.

Dochodziło do różnych prowokacji. Dotarła do mnie np. kaseta z filmem ze strajku 80 roku. W moich aktach już po strajku znalazła się informacja, że gdy mnie zatrzymano w okolicy „górki”, to znaleziono przy mnie tę właśnie kasetę oraz transparent, który faktycznie mieliśmy tutaj na bramie - „Gorbaczow jest z nami” (była wtedy „pierestrojka”). Potem, kiedy już umorzono wszystkie postępowania wobec mnie – a działo się to mniej więcej w czasie „Okrągłego Stołu” - to w sądzie oddano mi tę kasetę i transparent jako dowody rzeczowe z depozytu. Kaseta była tak nagrana, że nie można było z niej przegrywać. Pożyczałem ją ludziom, którzy byli na strajku, po kolei, aż ktoś jej nie oddał. Niestety nie mam tej kasety. Szkoda, bo byłby to teraz niezwykły dokument.

W czasie tego strajku kamera bez przerwy nas nagrywała, cały czas z głośników słyszeliśmy grożące komunikaty. Straszyli, powoływano nawet do wojska. Między innymi był tam taki Andrzej Ostrowski, który był kimś na kształt naszego rzecznika - pisał różne rzeczy i zaraz po strajku poszedł do wojska. Po strajkach kontaktowałem się jeszcze z Myrczkiem, bo wiedziałem, że on jako dyrektor może załatwić odroczenie, ale za udział w strajku Andrzej poszedł do wojska. Dopiero później przez mecenasa Piotrowskiego (późniejszego vice ministra sprawiedliwości) załatwiłem mu wcześniejsze zwolnienie. W dniu pacyfikacji zablokowano drogi do kopalni. Spotkałem się z żoną przy torach przy Szerokiej i wydałem jej polecenia, co ma robić jak mnie zamkną. Kazałem jej wynieść z domu wszystkie materiały, które mogły wpędzić nas w kłopoty.

Pacyfikacja. Pod kopalnię podjechała „sukami” wielka armia zomowców. Były armatki wodne, pałki, tarcze. Nawoływali żebyśmy się rozeszli, filmowali oczywiście. Było to w okolicy godziny 16.00. Ludzie czuli już, że będzie pacyfikacja i wielu nie wytrzymało -uciekali przez płoty, tyłem kopalni. Od strony głównej bramy pierwszy wszedł aktyw pracowniczy i ormowcy, do tego SB po cywilnemu. Przegoniliśmy ich, bo jeszcze mieliśmy siły. Wtedy wkroczyło ZOMO z tarczami, cofnęliśmy się pod Św. Barbarę. Złapaliśmy się za ręce tworząc łańcuch i zaczęliśmy śpiewać Hymn. Zaczęli nas po kolei wynosić. Pałowali i wyrzucali za bramę. Dyrektor Myrczek biegał i krzyczał: „Przewodniczący – nie bić! Nie bić!” Dzięki niemu uniknąłem pobicia. Wyrzucili nas wszystkich, a przed kopalnią czekały na nas autobusy. Na moją prośbę pozwolili nam się jeszcze wykąpać. Każdy mógł iść do łaźni, ale zomowcy stali przy każdym kąpiącym się i wyprowadzali prosto do autobusu. Autobusy odjeżdżały w różnych kierunkach: Żory, Racibórz, Jastrzębie. Również mnie na Szeroką podwieźli pod blok. Pacyfikacja skończyła się koło 18.00. Na drugi dzień pojechałem na „górkę”, bo wiedziałem, że tam jest baza, tam się wszyscy zbierali i zaczęło się już normalne organizowanie związku. W czasie całego strajku była z tego, co pamiętam tylko jedna msza, którą odprawiał bodajże ksiądz Antoni Łatko.

Opracowanie: Andrzej Kamiński