Relacja:Stanisław Cegliński

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Stanisława Ceglińskiego

Wspomnienia z pobytu w Areszcie Śledczym na Rakowieckiej 37 w Warszawie

Pawilon III, Odział II, Cela nr 10

6.12.1982 – 28.12.1982

06 XII. O godzinie 6.00 zostałem zatrzymany na ulicy Puławskiej wraz z Ryszardem Nachiło i Wiktorem Świerczem podczas akcji plakatowej. Na witrynach sklepów rozklejaliśmy ulotki „SOLIDARNOŚĆ WALCZY”. Akcja przebiegała w miarę spokojnie. Rysiek mazał szyby klejem, Witek naklejał ulotki, a ja miałem uważać czy nic złego się nie dzieje. Po skończonej akcji, szczęśliwi i rozluźnieni, wsiedliśmy do tramwaju marząc, aby jak najszybciej wrócić do domu. Niestety nie zauważyliśmy, że cały czas byliśmy pod obserwacją Milicji, która robiła wszystko, aby nam ten szczęśliwy powrót uniemożliwić. Wpadli więc na sprytny pomysł i zatrzymali radiowóz na szynach pomiędzy przystankami blokując jadący tramwaj; z odbezpieczonymi pistoletami wsiedli do tramwaju i podeszli w naszą stronę. Spojrzeliśmy po sobie: oni mieli broń, a my tylko 2 RGM (pojemniki z gazem). W ich oczach można było wyczytać, że jej użyją. W tramwaju byli ludzie, którzy mogli zostać przypadkowo postrzeleni – wybór więc był prosty – trzeba się poddać.

Zawieźli nas na Komendę przy ulicy Malczewskiego. Bili tak niby dla rozgrzewki, bo przez nas, zamiast siedzieć w ciepłym komisariacie, musieli się uganiać po ulicach i zmarzli.

Przesłuchiwał mnie oficer SB, proponował współpracę i kusząc wczasami na Krymie dawał jednocześnie do zrozumienia, że jeśli się nie zgodzę to załatwią mnie do końca życia. Po mojej odmowie sprawę przejęła prokuratura. Jeszcze tego samego dnia, około 20.00 przewieźli nas na Komendę na Żytniej, na tak zwany „dołek”. W jednej celi ze złodziejami, pijakami i takimi tam sobie różnymi gośćmi dzieliliśmy drewniane ławy i brudne koce. Jeden z naszych współlokatorów od 1961 nie był dłużej niż cztery miesiące na wolności. Jednak po przełamaniu pierwszych lodów można było nawiązać z nimi bliższy kontakt i do późna w nocy trwały nocne więźniów rozmowy.

7 XII. Znów przesłuchanie – ten sam oficer co wczoraj pytał o poglądy i nastawienie środowiska studenckiego względem władzy i stanu wojennego.

Wieczorem, skutych w kajdanki, grożąc, że będą strzelać, jak nam coś głupiego przyjdzie do głowy, zawieźli nas do prokuratury. Po złożeniu wyjaśnień Pani Prokurator odczytała nam akt oskarżenia – kara z paragrafu 282 kk i z art. 49 Dekretu o stanie wojennym - od trzech do pięciu lat odsiadki.

08 XII. Spokojnie spędziłem czas na dołku. Na śniadanie chleb ze smalcem i czarna kawa, na obiad jakaś parszywa zupa, na kolację to samo, co na obiad. Do przykrycia tylko dwa koce, także w nieogrzewanej celi trzęśliśmy się z zimna i tuliliśmy do siebie jak kurczaki.

9 XII. Rano konwojenci zabrali mnie do aresztu śledczego na Rakowieckiej Pawilon III, Odział II cela nr 10. W czteroosobowej celi czekało już na mnie dwóch innych więźniów. Przedstawili się: Darek Rutkowski z Radia Solidarność, który nadawał między innymi audycje z Kościuszki 4 m 3 oraz Tadeusz Wypych, szef poligrafii MRKS-u. Po trzydniowym pobycie na „dołku”, jak by nie było obskurna cela wydawała mi się Hotelem Forum.

Ogólnie można wytrzymać, gdyby nie to, że przyzwyczajony do swobody, wolności i ruchu człowiek teraz musi przebywać w tej klatce 24 godziny na dobę.

Od 9 do 13 XII. Życie toczy się swoim szarym więziennym trybem. O godzinie 6.00 pobudka, 7.00 śniadanie, 13.00 obiad, 17.00 kolacja i krótki półgodzinny spacer. 18.00 apel, odebranie spodni, swetrów, płaszczy i butów. Nie wolno siadać, ani tym bardziej leżeć na łóżkach. Do przykrywania dostajemy dwa koce, poza tym dwa prześcieradła i poduszkę. Śpimy na mało przyjemnie pachnących materacach. Jako wyposażenie dostałem jeszcze aluminiowy kubek, dwa talerze i łyżkę. Z odzieży (poza spodniami, swetrem, skarpetkami i butami wszystko inne zabrali) dostałem czapkę, płaszcz, kalesony i koszulę. Bardzo pomogli mi koledzy z celi, dostałem od nich szczotkę, pastę do zębów, papierosy, dzielili się ze mną też skromnym pożywieniem, które dostali w paczkach. Wyżywienie kiepskie (choć dużo lepsze niż na dołku), na śniadanie czarna kawa, margaryna i ewentualnie jakieś dodatki: ser topiony, smalec, marmolada, chleba dostajemy po ćwiartce na dzień. Obiady: surówka z kapusty, kartofle i ohydny sos, zupy różne. W sobotę jest bigos, a w niedzielę można czasem dostać kotlet mielony z buraczkami. Na kolację zupa (ale sporadycznie) i mniej więcej to samo co na śniadanie (dodatkowo dostaję trochę więcej niż moi koledzy z racji tego, że nie mam jeszcze 21 lat – rano starsi więźniowie roznoszący śniadanie uszczęśliwiają mnie dodatkową porcją wołając „marmoladka dla małolatka”). W czwartki łaźnia. Raz na dwa tygodnie można wypożyczyć cztery ksiązki (zbiory tutejszej biblioteki są dość obszerne). W celi panuje optymizm, krążą pogłoski, że Sejm uchwali 13 XII zniesienie stanu wojennego, a to pociągnie za sobą amnestię.

13 XII. Rano kipisz (więzienna rewizja w celi). Zabrali nam naszą kochaną i tak starannie zrobioną grzałkę do herbaty. Mimo, że odcięci od świata, więźniowie już dawno wymyślili sposoby polepszenia sobie nastroju. Jednym ze sposobów było tak zwane robienie „czaju”. Picie tak zwyczajnego na wolności napoju jak herbaty było w więzieniu zabronione i zwalczane z całą furią przez służbę więzienną. Ale były sposoby, aby się napić… i ryzykować było warto. Herbata była przemycana do więzienia jako tytoń w paczkach od rodzin. Pustą metalową tubkę po paście do zębów cięło się w cienkie paski i tworzyło kabelek. Do tego grzałka - dwa wieczka po konserwach związane nitką i oddzielone zapałkami w środku. Wystarczyło tylko jeden koniec kabelka podłączyć do oprawki żarówki, drugi do kranu – włożyć grzałkę do kubka z wodą i po kilku sekundach był wrzątek, a po kilku minutach upragniony „czaj” – nic przyjemniejszego niż pić skondensowany napój, czuć lekki szum w głowie i mieć poczucie, że się zrobiło w konia klawiszy . Wieczorem na apelu podczas odbierania odzieży pokazała się Atanda – więzienne ZOMO, w pleksiglasowych kaskach, w bluzach moro i ze szturmowymi pałkami. Ponieważ Sejm nie podjął oczekiwanych decyzji, władze więzienne obawiały się rozruchów, szczególnie na trzecim pawilonie i w ten oryginalny skądinąd sposób próbowano dać nam do zrozumienia bezcelowość jakichkolwiek akcji. Oczywiście o żadnym bardziej skoordynowanym spisku wśród aresztantów nie mogło być mowy, chociażby z uwagi na trudności w porozumiewaniu się. Porozumiewać się z sąsiednimi celami można:

  • morsem (stukając czymś twardym w ścianę – dwa szybkie uderzenia kreska, jedno – kropka)
  • przez kibel (po wybraniu wody z sedesu) - metoda bardzo dobra, łatwa do zastosowania i trudna do namierzenia, aczkolwiek można było pogadać tylko z celą na górze albo na dole
  • krzykiem przez okno – bardzo ryzykowne.

Te sposoby nawiązywania kontaktu były bardzo represjonowane przez służbę więzienną. O porozumiewaniu się z druga stroną pawilonu praktycznie nie mogło być mowy. Nastroje wśród więźniów bardzo się pogorszyły, zapanował czarny pesymizm i zrezygnowanie (chociaż jeszcze jest cień nadziei).

14 XII. Przesłuchanie. Przesłuchiwał porucznik Jóźwiak z KSMO. Wyraźnie bagatelizował sprawę, wyrażając swoje niezadowolenie, że musi zajmować się tak błahymi rzeczami. Podczas przesłuchania dowiedziałem się, że oprócz nas tej nocy aresztowano jeszcze dwóch innych plakatujących w rejonie Alei Jerozolimskich. Podobno sąsiedzi z sąsiedniego pokoju Witka. Później dowiedziałem się że byli to Zbyszek Hurlak i Marek Głowacki.

15 XII. Znów przesłuchanie. W protokole napisałem, że podtrzymuję moje zeznania złożone w prokuraturze.

21 XII. Znów przesłuchanie. Pytał o sytuacje materialną moich rodziców, o opinię u sąsiadów, czy byłem karany i o inne takie sprawy. Tego samego dnia dostałem paczkę: polędwica, sardynki, kiełbasa, gałązka jodły, opłatek. Nastroje w celi wyraźnie się poprawiły.

22 XII. Rano przyprowadzili do nas czwartego aresztanta (Marek Boszko z MKK). W tym momencie jakoś lepiej się poczułem. Może z tego względu, że odizolowani mieliśmy wrażenie, że jesteśmy sami, a tu okazało się, że jednak są ludzie, którzy jeszcze coś robią. Dodało mi to otuchy, wiary i siły. Ostatecznie czterech to zawsze więcej niż trzech. Tuż przed obiadem zabrali mnie z celina rozmowę z prokuratorem. Dowiedziałem się, że mam adwokata (Grażyna Błaszczyk). A więc moje wcześniejsze obawy, że będą nas trzymali nieskończenie długo bez procesu okazały się bezpodstawne. Lepszego prezentu na święta nie mogli mi już zrobić. Wieczorem wpadka… jak zwykle krzyczałem przez okno „dobranoc ekstremie” i zostałem przyłapany przez klawisza Jasia. Wpadł w rozpiętym mundurze rozjuszony do celi i szczęśliwy wymamrotał – teraz to ch… z tobą koniec – był wściekły i szczęśliwy zarazem - musiał długo na mnie polować… i w końcu się udało. Wieczorem nastroje były zupełnie inne niż w poprzednich dniach, wpłynęła na to obecność czwartego.

23 XII. Rano raport u naczelnika pawilonu (tłusty łysawy major i jeszcze jeden, którego nie znam). Zachowywali się dość grzecznie, próbując perswazją mnie przekonać o bezcelowości mojego postępowania. Mimo, że zbliżały się święta i na kratach wisiały gałązki jodły, nikt z nas tego bardziej nie odczuł. Może dlatego, że więzienne życie toczyło się normalnie a nikt z nas nie miał w sobie siły, aby stworzyć przedświąteczny nastrój. Dopiero po zgaszeniu światła przez otwarte okno dochodzi do nas cicha kolęda „Przybieżeli do Betlejem”. Nastrój stał się wtedy zdecydowanie przedświąteczny. Każdy zapadł w zadumę i przygnębienie. Nikt z nas nie znał słów żadnej kolędy.

24 XII Wigilia. Życie toczy się nadal monotonnie i szaro. Nic ciekawego poza tym, że była łaźnia i fryzjer, dostaliśmy książki i czystą bieliznę. Wieczorem dostałem dwie pocztówki, Jedną od Andrzeja, Jerzego i Filipa i innych (nie wiem zupełnie, co to za „inni”), a drugą od kolegów z grupy. Podniosły one mnie bardzo na duchu i zdecydowanie polepszyły nastrój. Jednak poza więzieniem jeszcze jest ktoś, kto pamięta i dobrze mi życzy. Przedtem dostałem jeszcze odzieżowa paczkę: ciepłą kurtkę, buty zimowe, ręcznik zabrali. Dostałem tylko maść na grzybicę (po sporych kłopotach), pastę do zębów, szczoteczkę, mydło i papier toaletowy (więc rodzice też o mnie pamiętają).

Wigilijna kolacja. Ból, ból i jeszcze raz czarny nieznośny ból, smutek. Krzyk dziewczyny za oknem „następnych Świąt w domu” i jeszcze raz ten ból. Tysiące młodych chłopców i dziewcząt zamkniętych w betonowych klatkach. Puste nakrycia przy wigilijnych stołach, gdzie czekają bliscy… ból i jeszcze raz ból, rozterki, zwątpienie.

Nasz stół nawet nie najtragiczniej zastawiony, doliczyliśmy się siedmiu potraw. Dzieliliśmy się opłatkami, Tadziu też. Najszybszego wyjścia, studiów, żebyśmy się więcej nie kłócili. Potem się mocno wycałowaliśmy, mieliśmy poczucie pewnej wspólnoty. Rozmowa toczyła się przeważnie na tematy polityczne, plan działania, obżarliśmy się niesamowicie. Po zgaszeniu światła już tylko dla samej przyzwoitości (ponieważ nikt z nas nie znał w pełni słów), odmruczeliśmy dwie kolędy.

25 XII. Szaro, przeciętnie, smutno. Nic się nie zmieniło, poza tym, że klawisze maja białe koszule. Spacer - z jednej betonowej klatki do drugiej tylko tyle, że bez dachu ;właśnie brak tego dachu dla zamkniętego człowieka stanowi wprost niesamowite i niewyobrażalne źródło radości, uniesienia i jeszcze innych wrażeń. Wieczorem z celi powyżej odebraliśmy „pukankę Morsem – woda z kibla” Po wybraniu wody i po krótkiej rozmowie okazało się że rozmawiam z Witkiem, którego posadzili nade mną.

Więźniowie korzystając z odwróconej uwagi klawiszy, którzy olali służbę i nas i schlali się w trupa, próbowali nawiązać kontakt ze znajomymi. Rozległo się pukanie tak, że nie można było się zorientować, kto ani z kim puka. Krótkie krzyki wywoławcze „Adam z MRKS” „Jacek R”. Po tym wywołaniu następowała krótka rozmowa uzgadniająca niektóre szczegóły. Potem krótkie przyjacielskie: cześć, cześć, trzymaj się. Po chwili znów następna para rozmawiała „cichym krzykiem”. Jakiś trzech więźniów krzyknęło razem „wesołych Świąt’, ktoś odpowiedział „nawzajem”. Ponadto jeszcze „Szymon pozdrawia Adama” (to ja krzyczałem). Komuś nie wyszła pukanka i dogadywał się przez okno. Potem nastąpiła cisza.

26 XII. Dzień szary i ponury. Wieczorem z jakieś celi dobiegał śpiew „Roty”. Potem znów rozmowa z Witkiem. Rano czułem się trochę chory i Witek powiedział, że dobrze byłoby zachorować, żeby przeciągnąć termin sprawy, niestety pod wieczór czuję się lepiej. Chłopcy (Darek i Marek) rozmawiają na tematy militarne od pistoletów poprzez samoloty aż do pancerników.

27 XII poniedziałek. Rano rozmowa z wychowawcą. Podpisałem deklarację o regulaminie. Następnie próbował rozmawiać ze mną na temat spraw politycznych. Na przykładzie :że jeżeli 50,5 % będzie za dyrektorem a 49,5% przeciw, potem gdy dyrektor opluje sprzątaczkę lub obryzga błotem jakiegoś pracownika i wtedy będzie 50,5% przeciw Dyrektorowi to co wtedy? Gdzie ta demokracja, przecież większość jest przeciw, próbował mi wytłumaczyć niecelowość reform. Oczywiście Solidarność doprowadziła kraj do kryzysu. Podziemie jest organizacją terrorystyczną, czego w żadnym wypadku nie można powiedzieć o ZOMO i Milicji. Oczywiście tylko mi się wydaje, że większość społeczeństwa nie popiera linii socjalistycznej odnowy i nie aprobuje zarządzeń władz. Przykład - nie udał się strajk 10 listopada. Gdy mu powiedziałem o zastraszaniu, powiedział: świetnie, bo tak właśnie trzeba. Gdy się dowiedział, że nie zmienię swoich poglądów, wróżył mi karną kompanię polową. Proponował mi nawet wyjazd na Zachód. Gdy się okazało, że jego linia myślenia zaczyna w pewnych miejscach szwankować, powiedział, że racja jest po stronie silniejszego i wszyscy musza się podporządkować, z czym się zgodziłem. Na koniec jeszcze raz wyjechał z wyjazdem na Zachód. No i do widzenia. Podejrzewam, że ten Zachód był jego rozwiązaniem, co prawda dość marginesowym, dręczących kraj kłopotów. On jako wychowawca bierze delikwenta na rozmowę, a skoro ten nie daje się przekonać, to trzeba na Zachód. Tam dopiero będę mógł mówić, co mi się podoba. Około 12.00 widzenie z ojcem. Dowiedziałem się, że sprawa poszła do sądu w piątek i rozprawy należy się spodziewać jutro lub pojutrze. Dowiedziałem się jeszcze, że wyrzucili mnie ze szkoły, adwokat zaś wyraził nadzieję, że wszystko powinno się skończyć dobrze (błaha sprawa). Adwokatem okazał się jakiś Jaszczyk ze Świętego Marcina. Dowiedziałem się, że rodzice dowiedzieli się o mojej sprawie w poniedziałek z telewizji. Rozmowa z Witkiem - zachorował na cztery dni, nie wiem czy słusznie, sprawa prawdopodobnie trochę się przeciągnie, ale czy obejmą nas wtedy ułaskawienia?

Po zapytaniu, czy ktoś ma kontakt z kimś z MRKS-u, MKK lub Radia wmieszał się Grzesiek Gampel, też z MRKS, kolega Tadka. Tadziu od razu dorwał się do kibla i uzgadniali niektóre szczegóły postępowania chyba jeszcze przez pół godziny. Potem jeszcze Grzesiek rozmawiał z Darkiem; powiedział, że liczy na wyrok w zawieszeniu.

28 XII. Rano klawisz każe mi się ubrać (myślę, że to tylko widzenie z adwokatem) wyprowadza z celi i zamyka w katarynie (małe przejściowe pomieszczenie z kubłem na odchody). Klawisze są podejrzanie mili i uprzejmi… ???

Potem rozmowa z wychowawcą. Zapytał mnie, co będę robił na Sylwestra. Coś zaczynam wietrzyć, ale nie mam jeszcze pewności. Potem pytał, jak oceniam swoje postępowanie z pozycji przebywania 3 tygodni w kiciu i czy zamierzam nadal działać.

Odpowiedziałem, że nie, ale dodałem, żeby nie przypisywał sobie tego swojej działalności wychowawczej tylko mojemu wewnętrznemu przekonaniu i mojej zupełnie autonomicznej decyzji. Zadawał jeszcze dużo głupich pytań a na koniec na moje do widzenia odpowiedział, że wyraża nadzieję, że nie spotkamy się po tej stronie muru …. Wydedukowałem sobie, że już dzisiaj będę miał sprawę w sądzie… ??? Ale przecież Witek jest chory… ??? Na dole strażnik wręczył mi moje rzeczy, nawet nie mogłem pożegnać się z kumplami. Potem znów do kataryny – nie wiedziałem, co w ogóle o tym myśleć. Po jakieś pół godzinie otworzyły się drzwi, wyszedłem. Po korytarzu z wielkimi tobołkami toczył się również Witek. Dopiero w przebieralni od halikaktorów dowiedzieliśmy się, że prawdopodobnie wychodzimy na wolność. Czyżby umorzyli śledztwo…? W przejściówce było nas sześciu do wyjścia (dołączył do nas Rysiek i trzech kryminalistów). Po zwrocie forsy, dokumentów i zegarka czekaliśmy jeszcze w przejściówce – upamiętniłem się w niej napisem „STACHU PW NZS WOLNOŚĆ”.

Potem nareszcie poza bramę. W bramie jeszcze oddali nam dowody, pytali, dokąd się udajemy i kazali mi zgłosić się jutro na Komendę Dzielnicową. Potem poza mur… !!! Radości nie ma końca, wszystko jest nowe – czuję się trochę jak mieszkaniec najdzikszej dżungli, który ni stąd ni zowąd znalazł się w środku tętniącego życiem wielkiego miasta. Przechodnie na ulicach, sunące ulicami samochody, tramwaje i autobusy. Normalni, zwyczajni, zapędzeni ludzie żyjący własnymi sprawami. Jazda autobusem, chodzenie prosto środkiem chodnika stanowi źródło nowych niewyobrażalnych i jakże radosnych przeżyć. Twarze, dużo twarzy, każda żyje czym innym – swoim własnym życiem. Dziewczyny – największe szkarady wydają mi się teraz księżniczkami. Luźne rozmowy w tramwaju, zapach kobiecych perfum – to wszystko ogłusza, przytłacza, cieszy. Cieszę się nawet głupim kupowaniem biletu w kiosku. Chłonę całą piersią życie miasta Wszystkiego uczę się na nowo i przeżywam na nowo.