Relacja:Stanisława Krauz

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Stanisławy Krauz

Jastrzębie-Zdrój, 16 VI 2008

Urodziłam się w Chodaczowie, małej wiosce na rzeszowszczyźnie. Tam skończyłam szkołę podstawową. Do liceum poszłam już w Leżańsku. Dojeżdżałam tam, pokonując 17 kilometrów, a wstawałam o 5 rano, by zdążyć na pociąg. Pamiętam, że już wtedy można było odczuć niewygodności systemu komunistycznego. Profesorowie w liceum zabraniali nam chodzić na msze do kościoła. To było pierwsze moje zetknięcie z komunizmem. Później chodziłam na koncerty organowe do kościoła w Leżańsku.

Mój tata bardzo dużo czytał. Poświęcał na to całe wieczory. Będąc jeszcze dzieckiem słyszałam co noc, jak rodzina słuchała radia „Wolna Europa”. Byłam najmłodsza, ale doskonale pamiętam ten patriotyczny nastrój. Rodzice szanowali tradycje - mieliśmy około 7 km, w jedną stronę do kościoła, ale byliśmy na mszy co niedzielę.

Kiedy skończyłam liceum i zdałam maturę chciałam zostać nauczycielką. Zdawałam na studium nauczycielskie do Mielca, ale nie zostałam przyjęta, ponieważ była rejonizacja i ja akurat nie mogłam uczęszczać do tego rejonu. Złożyłam jeszcze papiery na studia związane z rolnictwem, ale też się nie dostałam. Losy potoczyły się tak, że zaczęłam pracować 12 km od miejsca zamieszkania, w Gromadzkiej Radzie Narodowej w Zmysłówce. Tam poznałam mojego przyszłego męża. W tych stronach urodziłam dwójkę moich dzieci.

Ciągle mi coś nie odpowiadało w komunistycznym spojrzeniu na świat. Zadawałam sobie pytanie: „dlaczego ciągle czeka się na decyzje z góry, a nie można podjąć samodzielnie żadnych działań, aby ludziom ułatwiać życie?”. Te obowiązkowe dostawy, obowiązkowe nawożenia – wszystko narzucone odgórnie. Ludzie strasznie się buntowali. Przecież rolnicy wbrew własnemu rozsądkowi i mniemaniu musieli wykonywać polecenia np. przymusowego nawożenia. Były takie parodie, jak konieczne poszukiwanie imperialistycznej stonki. W tym okresie moja finansowa sytuacja znacznie się pogorszyła. Wówczas mąż postanowił zatrudnić się na Śląsku, na kopalni. Dostał pracę w 1972 roku na KWK „Moszczenica”. Dodatkowym powodem, który skłonił nas do wyjazdu było mieszkanie służbowe, które otrzymywali pracownicy kopalń. Przeprowadziliśmy się całą rodzina, z moją 6-letnią córką i 4,5 letnim synkiem.

Około lipca 1972 roku mieliśmy już swoje mieszkanie spółdzielcze. Przydzielono nam tzw. M-5, czyli duży metraż, którego utrzymanie kosztowało nas sporo. Starałam się o pracę w Miejskiej Radzie Narodowej, w budynku byłego sądu na ul. 1 Maja. Naczelnikiem początkowo był Antoni Kopiec, później Konrad Ogaza. Dostałam tę pracę, dostałam się do wydziału administracji, a później przeniesiono mnie do biura Rady Narodowej – organizowałam sesje i komisje. Bardzo mnie interesowała i cieszyła moja praca. Wiązała się z możliwością poznawania historii miasta i ciekawych, wykształconych ludzi, znających historię Jastrzębia Zdroju. Dowiedziałam się wielu interesujących faktów, związanych z Parkiem Zdrojowym, np. tego, że była w nim aleja papug i basen złotych rybek. Powiedział mi to profesor Jan Mrozek, który wówczas pracował w I Liceum Ogólnokształcącym.

W 1980 roku zaczęły „wybuchać” w Jastrzębiu strajki, popierające protesty na Pomorzu. W urzędzie widać było ogromne poruszenie i zamieszanie. Dostawaliśmy różne ulotki i docierały do nas informacje dotyczące szczegółów strajków. Irena Sikora, żona byłego prokuratora pomogła nam w organizacji i zawiązaniu strajku. Zebraliśmy się i postanowiliśmy dołączyć do innych strajkujących. Byłam jednym z organizatorów tych działań. Władza jednak nie chciała dopuścić do tego, aby w urzędach miejskich zarejestrowano działalność związku „Solidarność”. Było to zaplecze administracyjne i nikt nie chciał tam działalności opozycyjnej. Istniały Rady Zakładowe, ale do nich nikt nie chciał należeć. Do Solidarności zapisała się zdecydowana większość pracowników. Dopiero w lutym zgodzono się, żeby w Jastrzębiu powstała „Solidarność” w urzędzie. W tamtym czasie jedynie w Rybniku i Katowicach zarejestrowano legalną działalność związku w urzędach miejskich.

W 1980 roku pełniłam funkcję zastępcy przewodniczącego. Współpracowało ze mną wiele osób, które pracowały w komisji zakładowej. Jednak wywierano ogromną presję na ludzi, należących do związku, dlatego rzeczywista działalność opierała się na współpracy tylko z jedną osobą. Miałam swoje biuro, gdzie gromadziliśmy prasę, książki i inne materiały opozycyjne. Przyzwalał na to przewodniczący Miejskiej Rady Narodowej, lekarz Jerzy Morstyn. Pamiętam go jako wspaniałego człowieka i dobrego szefa. Solidarność w urzędzie wnioskowała o przekazaniu siedziby PZPR na potrzeby szkoły muzycznej oraz poniekąd zmusiła prominentów do płacenia opłat za domki na ulicach Ogrodowej, Kasztanowej i innych z tzw. Osiedla Czerwonej Burżuazji. W OCB mieszkali wszyscy sekretarze, śmietanka „czerwonych”. Naszym sukcesem było to, że ustawiła się kolejka w urzędzie i płacili za te mieszkania, które przecież dostali za darmo, a wybudowane były z materiałów kopalnianych. Staraliśmy się także o przeniesienie UM by zwolnić dotychczasowe miejsce na potrzeby mieszkaniowe. Wprawdzie działalność „Solidarności” była krótka, ale intensywna i warta poświęcenia. Po wprowadzeniu stanu wojennego zostałam usunięta z pracy.

Radny Sidorow był przewodniczącym Komisji Przestrzegania Porządku Publicznego i zarazem szefem celników na przejściu granicznym w Cieszynie. To właśnie on podjął decyzję o usunięciu mnie z pracy. Bardzo długo był nauczycielem i wykładał Przysposobienie Obronne w jednej z jastrzębskich szkół. W mojej obronie stanął pan Morstyn, ale nic to nie dało. Wezwano mnie na rozmowy, wywierano nawet pewne naciski. Zmuszono mnie do opuszczenia stanowiska pracy, grożąc mi. Codziennie musiałam się meldować u komisarza wojskowego. Zwyczajnie do niego przychodziłam i nie zamieniałam z nim nawet zdania, musiałam się tylko raz dziennie mu pokazać.

Koleżanka opowiadała mi, że na jednym ze spotkań naczelników w urzędzie wzięto „na tapetę” mój temat. Pani Szarkowa, kierownik Wydziału Administracji, referowała nawet na mój temat temu komisarzowi wojskowemu. Prawdopodobnie jakieś 20 minut opowiadała o mnie, jednak została zapytana o to, czy ma zastrzeżenia co do mojej pracy – nie miała żadnych zastrzeżeń. Komisarza nie interesowało nic poza tym, jakim byłam pracownikiem. W połowie marca zostałam przywrócona do pracy, ale zabrano mi biurko i siedziałam przy stoliku okolicznościowym. Stosowano pewne szykany z nadzieją, że zwolnię się sama. Wywierano na mnie presję psychiczną.

Pewnego razu ukarano mnie, starając się zdeptać mnie psychicznie. Wiedzieli, że jestem blisko związana z „Solidarnością”, byłam emocjonalnie zaangażowana i identyfikowałam się z walką z systemem. Byłam przymusowym świadkiem demolowania siedziby Solidarności, w grudniu 1981 roku. Łomami rozbijano biurka, SB stawiało na biurkach butelki z wódką, kieliszki i robili zdjęcia. Stałam z tyłu z sercem na ramieniu, leciały mi łzy z oczu, ale nic nie mogłam zrobić. Mimo, że biurka były pootwierane, to i tak musieli wszystko zniszczyć i zdemolować. To się w głowie nie mieści, co oni wyprawiali! Wpadli w furię, niszczyli powielacze, zachowywali się, jak obłąkani. Do worów ładowali odcinki z telefaksów i inne dokumenty. Szybko złapałam i poskładałam sztandar MKR-u, ale nie wolno mi go było zabrać. Na ścianie wisiał orzeł z doczepioną koroną, a jeden esbeków rzucił go na ziemię. Podbiegłam i położyłam go na biurku, nie pozwoliłam go zdeptać. Wyrzucano książki z regałów i deptano je. Wszystkie materiały i dokumenty, sztandar i inne rzeczy zabrali do magazynu urzędu. Był z nami kierownik wydziału Spraw Wewnętrznych, Marian Jarosz, który chciał ściągnąć ze ściany krzyż. Krzyknęłam: „Jak ściągniesz ten krzyż to ci ręka tak zostanie!”. I zostawił go… Później Marian Jarosz został prezydentem i zwolnił mnie z pracy. Wszyscy odjechali z miejsca demolki, ale mnie tam zostawiono. Poczułam się okropnie. Bałam się, że ktoś przyjdzie i uzna mnie za jedną z nich, jedną z esbeków. Chcieli mnie zniszczyć psychicznie.

W tym czasie prezydentem był Hubert Krypczyk, którego kilkakrotnie przesłuchiwano. Powiedział mi później, że dwukrotnie widział mnie na liście do internowania. Ale to on mnie wybronił. Powiedział, że bardziej pomogłam urzędowi, niż zaszkodziłam. W czasie legalnej działalności „Solidarności” walczyliśmy o budynek urzędu, chcąc przenieść go z budynków mieszkalnych do „Zjednoczenia”. Ale nasi koledzy na KWK „Zofiówka” mocno zaprotestowali. Nie chcieli udostępnić nam żadnego pomieszczenia poza jakimiś barakami na ul. Podhalańskiej. Na tej podstawie Krypczyk wybronił mnie przed internowaniem.

Szykanowano mnie. Nieustannie spotkałam się z okropnymi uszczypliwościami i wolałabym chyba być internowana, niż to przechodzić. Na pewno to jest straszne – siedzieć za kratkami w samotności. Mimo wszystko dla mnie to, co znosiłam było zbyt wielkim ciężarem. Po przyjściu do domu kładłam się twarzą w poduszkę i czułam się tak, jakby mnie nie było. W tym okresie wykończyłam się psychicznie. Byłam dla otoczenia nie do poznania. Na pewno inni przeszli różne okropne rzeczy, ale ja ciężko znosiłam presję. Nawet chciałam zwolnić się w pewnym okresie, ale Romek Bożko bardzo naciskał, żebym nie rzucała tej posady. Uważał, że jeszcze mogę się przydać. Dzięki temu przekazałam pierwszą farbę do powielacza Jasiowi Szczęśniakowi, wynosiłam mu ją w słoiku. Na temat grupy Jana Szczęśniaka nic niestety nie wiem. Ograniczyłam się do przekazywania mu farb i kalki. On był związany z KWK „Jastrzębie”. Udawało mi się jakieś drobiazgi z urzędu wynosić. W 1982 roku wyniosłam „coś większego” – sztandar MKR-u.

Każdego razu, kiedy szłam do magazynu widziałam sztandar porzucony, leżał na jakimś krześle. Był to jednak poświęcony sztandar i czułam, że muszę coś z tym zrobić. Prosiłam prezydenta Krypczyka, bym mogła go zabezpieczyć. Pozwolił, ale w obecności głównej księgowej. Poszłyśmy obie, obłożyłyśmy go w brystol, spięłyśmy ładnie spinaczami i schowałyśmy do szafy. Ale już wtedy myślałam, jak go stamtąd wydostać. Wszystkie sztandary były ukryte, a ja chciałam, by i ten trafił w odpowiednie miejsce. Dostałam pewne wskazówki – odbiłam klucz w plastelinie. Odbitkę przekazałam grupie Romka Bożko, i w ten sposób uzyskałam dostałam dorobiony klucz. Zostałam jednego razu dłużej po pracy, z koleżanką o tym samym nazwisku, co ja – Krauz. Ona obstawiała wejście, a ja wkradłam się do magazynu i delikatnie wyciągnęłam sztandar. Zamiast niego do tej tuby z brystolu włożyłam zasłony okienne. W biurze czekał już na mnie Wojtek Radwan. To on wyniósł sztandar do kościoła „na górce”. Po roku przenoszono magazyn, wtedy z tuby wypadły te zasłony. Zrobił się straszny rumor w urzędzie. Pojawiła się obstawa, kamery, pełno tajniaków. Dopiero kolejnego dnia dowiedziałam się, że wszystko się wydało. Rozpoczęła się akcja poszukiwania sprawcy. O wszystkim wiedziałam tylko ja i koleżanka. Tylko ja byłam przesłuchiwana, koleżankę pominięto. Na komendzie pan Kowol jasno sugerował, że to moją zasługą było zaginięcie sztandaru. Oczywiście wyparłam się tego. Powiedziałam, że nic o tym nie wiem. Koleżanka, która prowadziła magazyn miała ogromne problemy. Było mi jej strasznie szkoda, ale nie mogłam niczego ujawnić. Nigdy nie doszli do tego, gdzie był ten sztandar, a śledztwo chyba zostało umorzone.

Od 1982 roku byłam związana z kościołem „na górce”. Najpierw u Adolfa Kaczkowskiego dostałam od Romka Bożka obrazek i na hasło mogłam wejść do ich pomieszczenia gdzie odbywały się spotkania konspiracyjne. Nie pamiętam hasła. W działalności konspiracyjnej trzeba było wyrzucać z głowy wszystkie nazwiska i daty, oraz wszystkie hasła. Ja też miałam swój pseudonim: Kamil. Tak zaczęła się moja działalność podziemna przy kolportażu.

Zostałam członkiem PTTK „Pielgrzym”. Potem zawiązała się Nasza Grupa „Ość”. Drukowaliśmy takie prymitywne ulotki. Pewnego dnia mój mąż przyniósł walizeczkę z piękną drukarką szybkiej obsługi. To była rakla, na matrycę kładło się kalkę i można było wielokrotnie drukować. W „Naszej Grupie” działał A. Kaczkowski, Romuald Bożko, Janina Wolnikowska i ja. Nikogo więcej osobiście nie znałam i nie chciałam znać, by zachować bezpieczeństwo. Z Warszawy przywoziłam bibułę i tygodnik „Mazowsze”, „KOS”, oraz różne książki. Dwa nesesery transportowałam dwa razy w miesiącu. Byłam kurierem. Pospiesznym jechałam do Warszawy, gdzie odbierał mnie niejaki Tadeusz. Nie wiem, kto to był, ale na pewien znak zawoził mnie na starówkę do jakiegoś mieszkania, gdzie nocowałam. Później razem z nim jechałam do punktu odbioru materiałów. Trwało to w 1983 roku. Później weszłam w skład redakcji „Ość”. Winietę zrobił ksiądz Białas. Tam pracowałam do 1987 roku jako drukarz, kolporter i na wielu innych stanowiskach. Przedrukowywaliśmy „RIS-a”. Marian Krzaklewski przywoził nam naświetlane kalki.

W sierpniu 1987 roku dokonano rewizji w moim mieszkaniu. Wcześniej został zatrzymany mój mąż, przesłuchiwano też mojego syna. Nakaz aresztowania wydal komendant Bury, dodatkowo nakazał przeszukać mieszkanie, pod pretekstem podejrzenia produkcji bimbru. W tym czasie już mnie zwolniono z pracy i zdemolowano moje biurko. Wylądowałam na komendzie na ul. Śląskiej, gdzie byłam potraktowana bardzo brutalnie. Dwóch drabów mnie przesłuchiwało, jeden z nich grał rolę złego, a drugi dobrego milicjanta. Przez kilka godzin słuchałam gróźb i oszczerstw. Nie mogli uwierzyć, że pracownik administracji państwowej sprzeniewierzył się władzy. Przeżyłam tam okropne chwile. Załamałam się psychicznie, wezwano nawet dla mnie pogotowie. Musiałam dostać zastrzyk. Wrzucili mnie potem do celi, która wyglądała jak katafalk. Leżałam na betonie, w małej, zamkniętej sali. Podrzucono mi jakąś derkę, ale wzywano mnie na przesłuchania. W konsekwencji znalazłam się w szpitalu. Miałam podejrzenie raka.

Przyznałam się do kolportażu, ale dokonywanego rzekomo w urzędzie miasta. Powiedziałam, że nie znam ani nazwisk, ani osób, bo niewiele się z nimi kontaktowałam podczas mojej nielegalnej działalności. Już w maju miałam operację, ale w sierpniu 1988 roku nie wytrzymałam biernego czekania na rozwój wydarzeń i poszłam do kościoła „na górce”. Tam zorganizowałam biuro „Solidarności”, zajmowałam się tylko sprawami papierkowymi. Aktywnie działali Romek Bożko i Ela Słoń. Ja starałam się organizować jakoś formalnie wszystkich zwolnionych z kopalń na terenie Jastrzębia i okolic.

Kiedy nastąpiły strajki pracowałam już jako katechetka, ale starałam się nie wychylać. Działałam aktywnie, ale cały czas musiałam pozostawać anonimowa. Miałam już nieciekawą sytuację i musiałam na siebie uważać myśląc o rodzinie. Zbierałam wcześniej pieniądze dla rodzin represjonowanych - do końca stanu wojennego. W więzieniu na Szerokiej przewieziono do szpitala wszystkich internowanych (na czas wizyty Międzynarodowej Komisji). Odwiedziłam tam ich razem z Bolesławem Niezgodą i przekazaliśmy im jakieś paczki, zebraliśmy tyle, ile mieliśmy.

Starałam się o zwrot pomieszczeń MKR-u, które mieściły się na ul. Katowickiej. Wystąpiłam z Alojzym Pietrzykiem na spotkaniu z prezydentem Jania o przywrócenie nam siedziby. On tłumacząc się użytkowaniem tyych pomieszczeń zaproponował nam budynki do wyburzenia, wolnostany. Inni związkowcy zgodzili się na to. Na zjeździe „Solidarności” 10 czerwca podjęto uchwałę o przeniesieniu siedziby MKR z Jastrzębia do Katowic. Uważałam, że symboli nie wolno przenosić, ani niszczyć. Bolało mnie serce, bo to przecież trud naszych górników! Zasugerowałam wynajęcie części hotelu „Diament”, który przecież należał do kopalń. Budowany był z pieniędzy górników. Po rozmowach przy okrągłym stole byłam kandydatem z Komitetu Obywatelskiego „Solidarności” na posła i weszłam do Sejmu. Byłam wtedy po ciężkiej chorobie i uważałam, ze do Sejmu powinni wejść ludzie bardziej otwarci. Namówiono mnie, tam pracowałam w komisji administracji państwowej. Wywalczyłam, by kolegia przy prezydentach miast zostały przeniesione do sądów. Ludzie w urzędach miast wcale nie byli przygotowani do sądzenia – wniosek przynosiła milicja i łatwo było kogoś niesprawiedliwie ukarać. Potem pracowałam w duszpasterstwie parlamentarnym. Episkopat wytypował księdza z kościoła im. Św. Aleksandra, który z nami współpracował. Mieliśmy wspólne msze, wszystkie komunikaty ogłaszałam z trybuny sejmowej, co wielu się nie podobało. Uporczywie walczyliśmy wspólnie o ustawę antyaborcyjną. Bardzo się w to osobiście zaangażowałam – zawsze uważałam, że trzeba chronić życie poczęte i nie wolno zabijać. Po długim czasie udało się wprowadzić ją w życie. Wielokrotnie zwracano mi uwagę, aby nie powoływać się w przemowach na Ojca Świętego, ani nie cytować kardynała Stefana Wyszyńskiego – ale zawsze to robiłam. Dzięki tym działaniom zostałam delegowana przez kardynała, jako jedna z 13 posłów do spotkania z Ojcem Świętym. Byłam tam, w siedzibie episkopatu, razem z Anią Knysok ze Śląska. Otrzymałam od Ojca Św. przepiękny różaniec, który później podarowałam mojej wnuczce na komunię. Wcześniej spotkałam Papieża, zupełnie przypadkiem w przejściu. To była wzruszająca i niezapomniana chwila w moim życiu.

Opracowanie: Andrzej Kamiński