Relacja:Teresa Brodzka

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Teresy Brodzkiej

Urodziłam się pół roku przed wybuchem II Wojny Światowej w małej wsi Bucniów leżącej pod Tarnopolem.. Tereny, na których mieszkaliśmy najpierw były okupowane przez wojska radzieckie, potem niemieckie, a na końcu znowu zajęli je Sowieci. Byliśmy rodziną średnio zamożną. Mieliśmy mały domek, a mój ojciec był urzędnikiem w gminie. Podczas wojny mój ojciec był w AK, choć jako mała dziewczynka o tym nie wiedziałam. Dzieciństwo miałam w miarę normalne. Bawiłam się jak wszystkie dzieci na podwórku, a w trakcie nalotów, chowaliśmy się do piwnicy.

Pamiętam pewne zdarzenie, które miało miejsce za okupacji niemieckiej. Ojciec otrzymał zadanie przetrzymania pewnego człowieka, który zbiegł z niewoli. Miano go niebawem przerzucić w inne miejsce. Przerzut się nie udał i ten pan przebywał u nas trzy albo cztery miesiące. Potem jeszcze innych zbiegów przetrzymywaliśmy u siebie w piwnicy. Dosyć często narażaliśmy się, wiedząc, że w razie odkrycia tych ludzi przez okupantów, cała nasza rodzina zostałaby zlikwidowana. Zagrożenie było nie tylko ze strony Niemców lub Sowietów. Była jeszcze UPA. Kiedyś nawet dobijali się do nas, ale jakimś szczęśliwym trafem nie udało im się wejść. Nie pamiętam, aby w naszej miejscowości kogoś zabili, ale wiem, że w okolicznych wioskach miały miejsce straszne mordy dokonywane przez UPA na Polakach. Ponieważ mój ojciec był naczelnikiem poczty, posiadał całkiem legalnie broń palną i na wypadek napadu ze strony UPA trzymał tą broń w pogotowiu na strychu. Szczęściem nas to ominęło.

Za drugiej okupacji sowieckiej rodzinę naszą przeniesiono do miejscowości Baworów, gdyż władze zajęły nasz dom na jakiś ważny urząd. Kiedyś razem z mamą udałam się do tego właśnie urzędu, ponieważ mama miała jakąś sprawę do załatwienia. Było to w czerwcu i w naszym ogrodzie rosły wiśnie. Zapytałam mamy czy mogę sobie tych wiśni nazrywać. Moja mama, jak to usłyszała, to się rozpłakała i powiedziała: „Dziecko, przecież to jest nasze.” W samym Baworowie zakwaterowano nas z dwiema innymi rodzinami w pomieszczeniu, które wcześniej było stajnią. Warunki bytowe były tam bardzo złe. Po jakimś czasie Rosjanie wynieśli się z naszego domu i w końcu mogliśmy wrócić do siebie.

Mój ojciec, dwa razy był wcielany do Armii Czerwonej i za każdym razem z niej dezerterował. Ruscy mieli taki bałagan w papierach, że nikt się w tym nie zorientował. Przychodzili do nas i pytali mamy: „Gdzie jest mąż?” Mama zawsze odpowiadała na to: „No, jak to, przecież wasi go zabrali.” Rosjanie w jakiś sposób nie potrafili z tym dojść do ładu.

Już po wyzwoleniu otrzymaliśmy od Sowietów ultimatum: albo przyjmiemy obywatelstwo sowieckie i wtedy możemy zostać na swoim, albo wyjeżdżamy na tzw. ziemie odzyskane. Oczywiście wyjechaliśmy. Przywieziono nas do Bytomia i zakwaterowano w barakach poobozowych dla jeńców wojennych. Warunki w tych barakach były bardzo nędzne. Przebywaliśmy tam około sześciu tygodni. Potem ojciec dowiedział się jakoś, że w pewnej wiosce na Opolszczyźnie uchowały się poniemieckie kopce z ziemniakami. Aby uniknąć głodu wyjechaliśmy tam. Przez jakiś czas spożywaliśmy te ziemniaki we wszystkich możliwych postaciach. Dostarczano nam też żywność z UNR-y. Jakoś przetrwaliśmy ten trudny okres. W końcu ojciec otrzymał pracę w Kluczborku i cała nasza rodzina przeniosła się do tej miejscowości. Mieszkaliśmy tam dwa lata. W domu dużo się politykowało. Kluczbork właściwie w całości był zamieszkany przez repatriantów z Ukrainy. U nas w domu było radio i wszyscy znajomi przychodzili słuchać audycji nadawanych z Londynu. W kamienicy naprzeciwko naszego domu mieszkał jakiś komunista. Dorośli nawet w obecności dzieci musieli bardzo źle wyrażać się o komunizmie, bo kiedy ten partyjniak szedł ulicą, to wszystkie dzieci wytykały go palcami i patrzyły na niego jak na diabła. W naszej dzielnicy był to z pewnością jedyny komunista.

W 1948 przenieśliśmy się do Krakowa. Ojciec wolał żebyśmy mieszkali w dużym mieście, ze względu na możliwość lepszego kształcenia dzieci. Tam ukończyłam szkołę podstawową, a potem w 1958 Liceum Sztuk Plastycznych. Po maturze rozpoczęłam studia na wydziale filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Studia ukończyłam w 1964, a ponieważ przez ostatnie dwa lata nauki korzystałam ze stypendium fundowanego przez miasto Gliwice, więc tuż po studiach przeniosłam się do tego miasta.

Odpracowałam to stypendium jako nauczycielka w szkole podstawowej. Potem przez cztery lata pracowałam w Studium Nauczycielskim w Gliwicach. Następnie zatrudniono mnie w Instytucie Nauk Społecznych, w Zakładzie Filozofii przy Politechnice Gliwickiej. Marksistką nigdy nie byłam, do PZPR-u też nie należałam, a mój przewód doktorski nie miał nic wspólnego z ideologią komunistyczną. Mój bezpośredni zwierzchnik, pan Bąk mnie nie lubił. W całym Instytucie, który zatrudniał trzydzieści osób trzy, może cztery były bezpartyjne, ale nie było na mnie żadnych nacisków abym wstąpiła do PZPR. Myślę, że to za sprawą dyr. Instytutu prof. Bronisława Miszewskiego, który chociaż sam należał do partii, był jednak przyzwoitym człowiekiem. Nawet na rok przed wyrzuceniem mnie z uczelni na jego wniosek otrzymałam nagrodę rektorską za jakiś artykuł. Natomiast wspomniany p. Bąk był człowiekiem dokuczliwym i bardzo prymitywnym. Kiedy podjęto już działania w celu usunięcia mnie z uczelni, to dyr. Instytutu spotkał się z nami - pracownikami Zakładu Filozofii - i stwierdził, że nie ja stanowię problemu, ale właśnie p. Bąk, który od czasu ukończenia studiów w Leningradzie niczego się nie nauczył. Chociaż profesor Miszewski bronił mnie zawzięcie, to ów Bąk zawziął się na mnie. Zarzucał mi bezpartyjność. Podobno w Komitecie Wojewódzkim PZPR były jakieś nieprawomyślne nagrania z moich wykładów. Walczyli ze mną przez cały rok, aż dyr. Instytutu odszedł na emeryturę. Jego następca prof. Borcz nie wykazał się już tak zdecydowaną postawą.

Tak więc w 1977 zostałam zwolniona z Politechniki za przekonania polityczne i dostałam tzw. „wilczy bilet”. Na Uniwersytecie Śląskim tworzył się wtedy Instytut Filozofii, więc złożyłam stosowne dokumenty, ale po kilku tygodniach odmówiono mi zatrudnienia tłumacząc się brakiem wolnych miejsc. Nawiasem mówiąc - wiedziałam, że przyjmowano tam ludzi po całkiem innych, niezwiązanych z filozofią kierunkach. Złożyłam też papiery do Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu. Początkowo byli zainteresowani, ale wkrótce powtórzyła się sytuacja z UŚ - brak wolnych miejsc itd. W końcu razem z mężem na jakiś czas wyjechaliśmy do mojej przyjaciółki, do Norwegii. Paszporty otrzymaliśmy zapewne dlatego, że władze były święcie przekonane, iż stamtąd nie wrócimy. Jednak wróciliśmy. Podejmowałam dalsze bezskuteczne starania o pracę. W 1980 starano się namówić mnie abym wróciła na Politechnikę, lecz ja nauczona przykrymi doświadczeniami, które mnie tam spotkały, odmówiłam. Wreszcie dostałam pracę w szkole z internatem dla młodzieży męskiej, upośledzonej umysłowo. Widocznie uznano, że tam nikogo nie zdemoralizuję. Działy się tam straszne rzeczy. Dyrekcja nie zajmowała się niczym innym poza załatwianiem własnych interesów. Właściwie musiałam sama wszystko organizować. Były tam jakieś lewe etaty, okradanie tej biednej młodzieży… Koniec końców, złożyłam doniesienie do wydziału oświaty, firmowane oczywiście moim nazwiskiem. Na tej podstawie zwolniono dyrektora tej placówki. W związku z zamieszaniem, które wtedy powstało musiałam się stamtąd wynieść. Najpierw podjęłam pracę w przedszkolu, a w marcu 1980 zostałam zatrudniona w zabrzańskim ZOZ, w charakterze pracownika socjalnego.

W 1980 roku służba zdrowia nie strajkowała. Na początku września, już po podpisaniu porozumień, urządzili nam takie walne zebranie. Inicjatorem tego zebrania była CRZZ, ale żeby ludzi nie zniechęcać, nie proponowali nam wstępowania do ich organizacji, lecz stworzenie niezależnych, branżowych związków. Byle z daleka od „Solidarności”. Podczas zebrania zadałam pani prelegentce kilka kłopotliwych pytań. Na żadne nie umiała sensownie odpowiedzieć i jej misja spełzła na niczym. Za to ja zebrałam burzę oklasków. Moje wystąpienie na tym zebraniu zostało zauważone. Ludzie z całego ZOZ zaczęli mnie szukać. W krótkim czasie założyliśmy Komitet Założycielski „Solidarności”, po czym zawiadomiliśmy dyrekcję o naszej inicjatywie. Zarejestrowaliśmy się w MKR w Jastrzębiu. Zostałam wybrana przewodniczącą KZ, Dyrekcja ZOZ wpadła w szał. Dyrektor, stary i wpływowy komunista wyzywał nas od samozwańców. Ludzie przychodzili do nas zewsząd. Otrzymywałam zaproszenia z innych zakładów pracy, aby zachęcić ludzi da wstępowania w szeregi „Solidarności”. Wybory do władz naszego zakładowego związku urządziliśmy z wielką pompą w teatrze. Wybrano mnie na przewodniczącą Komisji Zakładowej „Solidarności”. Okres karnawału był bardzo pracowity. Między innymi obowiązkami załatwialiśmy sprawy pracownicze i związkowe.

Były oczywiście trudności. W tym okresie często jeździłam na zebrania MKR do Jastrzębia, a na nasze zebrania KZ też zawsze zapraszaliśmy kogoś z MKR. To były jeszcze czasy kiedy przewodniczącym MKR był Jarosław Sienkiewicz. Dziwna atmosfera panowała na tych zebraniach. Dyskutantów do głosu dopuszczał p. Kudej i ciągle mówili ci sami ludzie. Mimo, iż zapisałam się kilka razy do dyskusji, to jakoś nigdy do głosu nie zostałam dopuszczona. Odnosiłam wrażenie, że w tamtym okresie nie dopuszczano do dyskusji na tematy dotyczące trudnych spraw. To było zaskakujące, ale po odsunięciu Sienkiewicza wszystko wróciło do normy.

Od czasu prowokacji bydgoskiej spodziewaliśmy się wybuchu stanu wojennego. Chcieliśmy uniknąć sytuacji, w której w razie strajków ludzie zostaliby bez opieki medycznej. W Komisji Zakładowej ustaliliśmy plan obsługi zakładów w zakresie pomocy medycznej na wypadek, gdyby doszło do konfrontacji. Do tej akcji zgłaszało się wielu chętnych. Byliśmy przygotowani na każdą ewentualność. Ponieważ w grudniu 1981 atmosfera polityczna była już bardzo napięta, zarządziliśmy w Komisji Miejskiej stałe dyżury. Mieliśmy przygotowaną całą logistykę na wypadek nieoczekiwanych zajść, tzn. kto kogo miał powiadamiać, co w danej sytuacji robić itd. Patrząc z dzisiejszej perspektywy widzę, ile było niedociągnięć. Dyżurowaliśmy, ale czujność powoli w nas malała. Na koniec przewodniczący KM Tadeusz Makuchowski sam dyżurował, a całej reszcie kazał iść do domów. Wprowadzenie stanu wojennego zastało go właśnie w lokalu KM i tam go aresztowano w nocy z 12 na 13 grudnia.

O wprowadzeniu stanu wojennego poinformował mnie mój mąż 13 grudnia, w niedzielę rano. Słuchał francuskiego radia, a tam już tę informację podawano. Potem – wiadomo - przemówienie Jaruzelskiego i wszystko już było jasne. Tego dnia czułam się bardzo źle; miałam zapalenie górnych dróg oddechowych, więc poszłam do lekarki zakładowej, która nawiasem mówiąc, była moją zastępczynią w Komisji Zakładowej. Dała mi zwolnienie, przepisała lekarstwa i obie zaczęłyśmy robić swoistą „inwentaryzację”: kto się jeszcze ostał?; kogo jeszcze nie aresztowano? Tego samego dnia pojechałam do Zabrza, aby zawieźć zaświadczenie lekarskie do zakładu pracy. Poza tym byłam ciekawa co się u nas dzieje. W Zabrzu nie było żadnych strajków.

16 grudnia byłam umówiona na zebranie u znajomej lekarki, która nie należała do naszej Komisji, tylko do KZ Górniczej Służby Zdrowia. Pojechałam na to zebranie. Wysiadłam w Zabrzu w pobliżu umówionego miejsca spotkania. Zorientowałam się, że ktoś za mną idzie. Zaniepokoiłam się. Najpierw musiałam się upewnić, że naprawdę jestem śledzona, więc zaczęłam kluczyć między budynkami. Mimo to człowiek ten ciągle szedł za mną. Postanowiłam go zgubić. Znajdowałam się w dzielnicy, w której w dwunastopiętrowym bloku mieszkała znajoma pielęgniarka - co prawda partyjna, ale również członkini „Solidarności”. Weszłam do budynku i wsiadłam do windy. Wysiadłam piętro niżej i cichutko po schodach pokonałam resztę dystansu. Na szczęście moja znajoma była w przedpokoju i natychmiast otworzyła mi drzwi. Bardzo się ucieszyła na mój widok. Ten mój „ogon” wcale się nie zgubił. Szukał mnie w całym bloku. Lekarka, która przyszła odwiedzić tę moją znajomą, powiedziała, że jakiś człowiek chodzi po korytarzach i sprawia wrażenie, jakby kogoś szukał. Opisała mi jego wygląd, był to śledzący mnie mężczyzna. Na to umówione spotkanie już nie poszłam. Przenocowałam u tej znajomej. Na drugi dzień, wykupiwszy w aptece lekarstwa wróciłam do domu. Tam już czekało na mnie czterech zomowców i jeden po cywilnemu. Ten cywil nie był z SB. Zależało mu na tym, żebym o tym wiedziała. Rewizja była pozorowana; tak ją przeprowadzali, żeby nic nie znaleźć. Mój mąż nasłuchał się w tym francuskim radio, że internowanych bardzo źle traktują. Faktem było, że nad niektórymi się znęcano. W przerażeniu zaczęłam powoli żegnać się z życiem. Ten w cywilnym ubraniu kazał mi zabrać pieniądze, papierosy, jeśli palę i ciepłe ubrania. Zorientowałam się, że zabierają mnie do więzienia. Jednego, czego nie pozwolili mi wziąć ze sobą, to lekarstw. Może myśleli, że się otruję?

Najpierw zabrali mnie na Komendę Milicji w Zabrzu, a po dwóch dniach przewieźli mnie do więzienia w Lublińcu. Moje koleżanki w celi, a żadnej nie znałam, bo prawie wszystkie były z Częstochowy, jak zobaczyły te papierosy, te ciepłe swetry, to uznały mnie za esbecką „wtyczkę”. Opowiadałam im, że strajkuje jeszcze huta „Katowice”, że stoi kopalnia „Piast”, a z ich strony żadnego odzewu. Zrozumiałam, że mi nie ufają. Nie miałam innego wyboru i musiałam to przeczekać. Zrobiły wywiad wśród współwięźniarek z innych cel, które dobrze mnie znały i już po kilku dniach wszystko było w porządku. W Lublińcu była całkiem dobrze zaopatrzona biblioteka więzienna. Przeczytałam tam wiele wartościowych książek.

W Lublińcu przebywałam do 21 stycznia 1982. Potem przewieziono mnie do Sosnowca, skąd zabrano część więźniarek i 23 stycznia przewieziono do Darłówka. Panowały tam całkiem przyzwoite warunki, ponieważ był to ośrodek wczasowy, ale przystosowany do warunków internowania. Było to więzienie koedukacyjne. Ulokowano nas tam, ponieważ władze spodziewały się wizytacji z Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Szczerze mówiąc byłam zaskoczona tak dobrymi warunkami, bo oprócz wolności, to w zasadzie (biorąc oczywiście pod uwagę tamte realia) niczego nam nie brakowało. W Darłówku oprócz nas przebywali jeszcze ludzie z Częstochowy i Bielska.

W marcu 1982 większą grupę spośród nas przewieźli do Gołdapi. Przyjechałyśmy późnym wieczorem. Dziewczęta pięknie nas powitały pieśniami solidarnościowymi. Było to bardzo poruszające. W Gołdapi panowała jeszcze większa swoboda niż w Darłówku. Mogłyśmy się zupełnie swobodnie poruszać w obrębie dwóch pięter. Miałyśmy tam też nasłuch na „Głos Ameryki”. Z tym nasłuchem wiąże się następująca historia. Koleżanka Anna Urbanowicz (późniejsza wiceminister oświaty, na początku lat 90-tych) zdobyła skądś klucz do pustego pokoju, w którym było radio. Nastawiałyśmy sobie falę „Głosu Ameryki”, a następnie przepisywałyśmy przez kalkę informacje podawane w audycji. W ten sposób powstał nasz biuletyn informacyjny.

14 lipca 1982 wróciłam z internowania. Najpierw zwolnili mnie z pracy. Co prawda moi przyjaciele lekarze chcąc mnie jakoś ratować, zalecili mi miesięczny pobyt w szpitalu, ale i to nie pomogło. Przez pół roku byłam bez pracy. Na rozprawie w sądzie pracy dyrektor ZOZ stwierdził, że mam zbyt wysokie wykształcenie, jak na zajmowane stanowisko. Sąd go wtedy prawie wyśmiał. Orzeczenie było dla mnie pomyślne.

Obraz, który ujrzała po wyjściu na wolność nie był zbyt krzepiący. Z „internatów” zaczęli wracać koledzy. Niektórzy z nich byli w posiadaniu list internowanych. Ja również posiadałam swoje listy i wpadłam na pomysł, aby stworzyć ewidencję internowanych. Zaczęłam zbierać te wszystkie listy. Ponieważ wiedziałam, że ludzie ciągle siedzą w aresztach, że mają wyroki, to chcąc pomóc, zaczęłam chodzić do adwokatów. Głównym źródłem informacji była dla mnie kancelaria pani mecenas Kurcjusz. Kontaktowałam się również z innymi adwokatami np. Januszem Kralem. Chodziłam też na procesy i w ten sposób ta moja ewidencja coraz bardziej się uzupełniała. Dzięki tym wszystkim informacjom miałam dosyć dużą wiedzę, bo w ewidencji umieszczałam także nazwiska sędziów ferujących wyroki, nazwiska oskarżycieli, numery spraw itp. Rejestrowałam wszystkie rodzaje represji wobec ludzi „Solidarności”. W 1983 poprzez Barbarę Gaweł poznałam Michała Lutego, a ten z kolei zapoznał mnie z Robertem Wiśniewskim, który miał kontakty z RKW (Regionalna Komisja Wykonawcza). Chcąc opublikować tę ewidencję, przekazałam ją za pośrednictwem Roberta do RKW. Niestety nie zgodzono się na publikację. Niechęć do mojej pracy uzasadniali jakimiś nielogicznymi argumentami; że brak zespołu redakcyjnego, brak opinii z innych regionów itp. Na tym moja współpraca z RKW się skończyła. W moim zamyśle, prowadzenie a następnie upublicznienie takiej ewidencji miało spowodować przeniknięcie do zachodnich mediów informacji o sytuacji w Polsce, a co za tym idzie wstrzymanie dalszych represji. Podobne listy próbowano tworzyć przy komitecie biskupim, ale te listy były nieaktualne i niekompletne. W końcu od Teresy Kurcjusz dowiedziałam się, że przyjeżdża do niej człowiek z Komitetu Helsińskiego, za którego poręczyła Grażyna Staniszewska. Powiedziała mi również, że KH stara się stworzyć taką listę na cały kraj. Poprosiłam Teresę, aby mnie z nim skontaktowała. Wysłannikiem Komitetu Helsińskiego okazał się być pan Marek Antoni Nowicki. Spotkaliśmy się i tak rozpoczęła się nasza współpraca. Od jesieni 1984 rozpoczęłam pracę w Komitecie Helsińskim, w którym zajmowałam się ewidencjonowaniem represjonowanych w naszym regionie. Prace nad listą zakończyłam w 1986, kiedy prześladowania trochę zelżały. Do dzisiaj zadziwia mnie to, jak władze regionalnej „Solidarności” mało interesowały się losami swoich prześladowanych członków i działaczy. Pod koniec tego okresu z ramienia RKW wyszła jeszcze jedna inicjatywa dotycząca zrobienia kompleksowego spisu represjonowanych. Mieli tym się zajmować panowie Zwoźniak, ten od „Zeszytów „Solidarności” i Bargieł z Bielska. Bargieł podczas rozmowy z G. Staniszewską powiedział jej, że w tym celu musi skontaktować się z T. Jedynakiem. Zdziwiona Staniszewska, skierowała go oczywiście do mnie, bo wiedziała, że zajmuję się tym od lat. Ich interesowały informacje z okresu tylko stanu wojennego, czyli od grudnia 1980 do lipca 1983 roku, a moja lista obejmowała okres, jak już wspominałam, do 1986 roku. Nowicki z KH pewnego razu powiedział: „Wykonałaś tyle roboty, a teraz ma się pod nią podpisać kto inny? Nie daj się zrobić na szaro.” RKW zgodziła się, abym tę pracę wykonała sama. Zwoźniak i Bargieł ciągle próbowali się wtrącać. Zabawne było, kiedy próbowali mi udostępniać materiały, których ja byłam autorką, a które wcześniej upubliczniłam np. za pośrednictwem „Głosu Ameryki”. Kiedyś w dobrej wierze udostępniłam im moje materiały, a oni zaczęli dopisywać osoby, które nie były ani więzione, ani represjonowane. Wychodzi na to, że jedyną drogą udostępniania mojego zbioru informacji w dalszym ciągu pozostała pani Irena Lasota z „Głosu Ameryki”.

Pamiętam, że zanim rozpoczęłam współpracę z Komitetem Helsińskim pracowałam również przy udzielaniu pomocy finansowej osobom prześladowanym i najbardziej potrzebującym wsparcia. Do tej roboty wciągnęła mnie Elżbieta Seferowicz. Otrzymywałam pieniądze od ludzi ze struktur regionu i rozwoziłam je pod wskazane adresy. To było trudne, niewdzięczne i ryzykowne przedsięwzięcie. Zajmowałam się również w niewielkim zakresie kolportażem pism podziemnych: „KOS”-a, w którym sama pisywałam oraz „Paragrafu”, pisma wydawanego w Krakowie przez prokuratora, którego nazwiska niestety nie pamiętam. Jednak kiedy zaczęłam działać w KH, musiałam zaprzestać tych ryzykownych zajęć. Praca na rzecz Komitetu była najważniejsza.

Moja rodzina zawsze przejawiała silne nastawienie antykomunistyczne. Tata zmarł w 1972 na zawał i zawsze żałowałam, że nie dożył czasów „Solidarności”. Pamiętam, jak brat był dumny z mojego aktywnego udziału w opozycji antyustrojowej. W trakcie internowania odwiedzały mnie i wspierały moje siostry i mama, która po zbrodniczej pacyfikacji na kopalni Wujek bardzo się przejęła i podupadła na zdrowiu.

Zdarzenia 1988 roku, były następujące: Jarosław Kaczyński, który pracował wtedy w Komitecie Helsińskim zapytał Marka Nowickiego, jak ewentualnie zareagowałby Śląsk na jakiś „wybuch” w Polsce. Marek zwrócił się z tym do mnie i poprosił mnie o pisemną ocenę sytuacji. Miała to być taka psychologiczno-polityczna ocena. Napisałam w raporcie, że ślązacy są społecznością mało aktywną lecz gdy dojdzie do strajków to przeprowadzą je rzetelnie. W Jastrzębiu miałam kontakty z osobami z MKR jeszcze z roku 1980. Ponieważ miałam też styczność z Danką Skorenko działającą w RKW, dużo wcześniej wiedziałam, że na sierpień 1988 roku planowany jest wybuch strajków w jastrzębskich kopalniach. Postanowiłyśmy wtedy z Danką stworzyć centralny punkt informacyjny, w którym informacje byłyby potwierdzane, selekcjonowane i wysyłane do mediów na zachód Europy oraz do Ameryki. Mam koleżankę Magdę Knol, która wtedy mieszkała w Gliwicach - była idealnym kandydatem do tego typu zadania. Jej numer telefonu został przekazany do wszystkich ważniejszych rozgłośni radiowych, stacji telewizyjnych oraz gazet. Miało być tak, że Danka miała jej przekazywać informacje, a Magda miała je posyłać dalej w świat. Tak się złożyło, że moja mama była już wtedy w bardzo poważnym stanie i z siostrą na zmianę musiałyśmy się nią opiekować. Akurat wypadła moja kolej i na strajk dotarłam dopiero w drugim tygodniu jego trwania.

Trafiłam do kościoła „na górce”; tam miała być Danka Skorenko, ale okazało się, że jest na strajku, na kopalni Manifest Lipcowy. Udałam się pod kopalnię. Znałam już wtedy kilka osób z Manifestu m.in. Janka Golca. Ktoś z załogi przekazał mi wszystkie informacje, a ja czym prędzej podałam cały serwis informacyjny Magdzie, do której już „cały świat” wydzwaniał. Z Danką nie mogłam się kontaktować, żeby jej nie „spalić”. Byli tam też ludzie z KH: Marek Nowicki i Joanna Kluzik (wiceminister pracy i polityki społecznej w rządzie J. Kaczyńskiego). Z nimi też lepiej było się nie kontaktować. W każdym razie, od tego czasu przekaz informacji działał już regularnie.

„Na górce” działało zaplecze strajku, cały sztab ludzi. Często przebywali tam Leszek Piotrowski, Adam Giera, Henryk Sienkiewicz, jego doradca Stankiewicz, A. Kowalczyk, jak również doradca L. Wałęsy p. Adam Czartoryski. Było również sporo studentów, którzy obsługiwali strajk m.in. Anita Gargas i Przemek Miśkiewicz. Pamiętam dobrze jedno wydarzenie. Strajki wygasły już na wszystkich kopalniach, ale załoga z Manifestu zapowiedziała, że będą strajkowali do końca. Wiedziałam o tym, bo miałam z nimi stały kontakt. Wracam pewnego dnia z kopalni „na górkę”, a tam trwa zebranie. Udział w nim brali Sienkiewicz, Stankiewicz i Piotrowski. Początkowo nie chcieli mnie wpuścić, ale wyszedł do mnie Piotrowski i powiedziałam mu, że górnicy z Manifestu będą strajkować póki władza nie zawrze z nimi sensownego porozumienia. Odpowiedział, że to zmienia całą sytuację, bo Sienkiewicz po to zwołał zebranie, ażeby jego członkowie potwierdzili konieczność podjęcia rozmów z Kiszczakiem. Było nawet tak, że Czartoryski informację o wygaśnięciu strajku wywiózł już w Polskę, podczas gdy strajk trwał dalej. Te zachowania niektórych ludzi były dziwne, bo to przecież nie było grono, które mogło udzielić komukolwiek jakichkolwiek pełnomocnictw. Było tam sporo zamieszania, ale w końcu górnicy i tak postawili na swoim. Kiedy załoga Manifestu, już po strajku opuszczała kopalnię, to koniecznie chcieli nieść na czele manifestacji flagę „Solidarności”. Pojechałam do domu i przywiozłam flagę jeszcze z 1980 roku. Górnicy byli zadowoleni. Pamiętam, że po strajku miałam taką krótką rozmowę z Alojzym Pietrzykiem i starałam się go przestrzec przed tym, aby mu się „w głowie nie przewróciło”, bo wiedziałam już, że został „namaszczony z góry”. No, cóż wyszło jak wyszło.

Po strajkach 1988 roku, a jeszcze przed legalizacją „Solidarności” było wiele manifestacji w Jastrzębiu i w Katowicach. Starałam się brać udział we wszystkich, żeby mieć możliwie jak największy zasób informacji na temat tego, co się dzieje. Poza tym ciągle trwały represje, więc zbierałam na ten temat informacje w ramach mojej pracy w KH. Potem trochę zaangażowałam się w prace Komitetu Obywatelskiego przed wyborami kontraktowymi z czerwca 1989. Z założenia jestem przeciwna tego typu kompromisom, nie poszłam głosować. Chodziło mi tylko o to, aby pomóc niezorientowanym ludziom, którzy nie wiedzieli na kogo oddać głos. Utrzymywałam jeszcze kontakty z ludźmi związanymi z Jastrzębiem. Mieszkałam już wtedy w Katowicach i często miałam gości, odwiedzali mnie np. A. Pietrzyk czy J. Golec. Czasami przyjeżdżali po poradę, a czasami tylko porozmawiać.

Z perspektywy lat muszę i siebie, i swoją działalność, i sytuację w kraju ocenić w taki sposób, że życiowo nic na tym wszystkim nie zyskałam. Nawet nie mogłam wrócić na uczelnię, ponieważ po 1989 na uczelniach nie przeprowadzono weryfikacji. W wyniku tego rektorem na Politechnice Gliwickiej był człowiek, który zwalniał mnie z pracy i nie pomogła nawet interwencja ministra oświaty – nie przyjęto mnie. No cóż… Działałam, bo musiałam, bo tak mi kazało sumienie. Jeśli idzie o Polskę, to mamy niby wolny kraj, ale mentalność, którą ukształtowała w naszym narodzie Gazeta Wyborcza nie pozwala patrzeć w przyszłość z optymizmem.