Relacja:Teresa Chorążyczewska

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Teresy Chorążyczewskiej

Jastrzębie, 16 VII 2007.

Urodziłam się w Braniewie w 1951 roku. Pochodziłam z robotniczej rodziny. Moja matka wywodziła się z podwileńskiej wsi, a ojciec z Warki koło Warszawy. Mama była repatriantką, a dziadek był internowany w czasie wojny przez bolszewików, ponieważ był kułakiem. Nigdy się nie odnalazł. Szukał go czerwony Krzyż, ale nigdy go nie poznałam i rodzinie już nie udało się z nim skontaktować. Ojciec miał złą przeszłość. Jako szesnastolatek zatrudnił się w UB, czego później bardzo się wstydził i nigdy o tym nie opowiadał. Dowiedziałam się tego z opowieści rodzinnych będąc już osobą dorosłą. W późniejszym okresie mój ojciec bardzo popierał działania „Solidarności” i czasem wspominał, że wie, do czego mogą być zdolni Ubecy. Z kolei moja matka była osobą bardzo charyzmatyczną, nigdy nie ulegała niczyim wpływom. Ochrzciła nas, bez względu na panujący wtedy zakaz. Warto wspomnieć, że w mieście mego dzieciństwa nieustannie stacjonowało wojsko, dlatego nikt nie miał odwagi by się czemukolwiek sprzeciwać. Moja definicja patriotyzmu związana była z Polską Ludową.

Do szkoły średniej uczęszczałam w Kętrzynie. Mieszkałam w internacie. Mieliśmy dobrego historyka, który czasem na lekcjach starał się przemycić prawdę o naszej historii, ale równocześnie podkreślał żeby tego nie rozgłaszać. W 1970 roku odbywałam staż w PGR. Wracając pewnego razu z wycieczki zobaczyłam ze zdziwieniem czołgi jadące ulicami Elbląga. Jako młoda dziewczyna nie interesowałam się polityką i nie wiedziałam, z czym mam wiązać obecność czołgów na ulicach. Gdy wróciłam z wycieczki do domu, moja mama uścisnęła mnie z wielką ulgą i powiedziała: „Dobrze, że jesteś, bo w tym kraju nigdy nic nie wiadomo.” Wtedy nie rozumiałam jeszcze jej niepokoju. Wiadomości o sytuacji w kraju były bardzo niejasne, nie wiedziano do końca kto, z kim i o co walczy. Jedną wersję wydarzeń podawała „Trybuna Ludu”, inną plotki. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy z tego, co się dzieje i jak miało się to rzutować na przyszłe lata. W 1972 roku wzięłam ślub i niedługo potem urodziłam syna. Mój mąż pochodził z Jastrzębia, więc tam też zamieszkaliśmy z dzieckiem.

W 1973 roku rozpoczęłam pracę na KWK „Jastrzębie” w dziale socjalnym. Dopiero tam otwarły mi się oczy na wiele spraw. Pamiętam komisarza KC, bardzo często do nas przychodził i namawiał do wstąpienia do partii. Mimo jego usilnych starań nie dałam się na to namówić. Wydaje mi się, że zapisywano się do partii z różnych przyczyn np. jedni otrzymywali większe premie, innych zastraszano. Pracowałam tam aż do 1980 roku.

Gdy weszłam do zarządu kopalnianej „Solidarności”, starałam się przekonać kolegów o mojej sile i chęci do walki. Nie chciałam, żeby myśleli o mnie jak o „słabej płci”, która przy pierwszych represjach ze strony władz załamie się i ich wyda. W kraju zaczęły się zamieszki. Dochodziły do nas informację z Wybrzeża. Coraz częściej zdarzały się pobicia (ucierpiał m.in. Janek Rulewski). Przeczuwałam, że może się wydarzyć najgorsze. Czasami budziłam się w nocy przestraszona i prosiłam Boga, aby dał mi siłę, bym potrafiła wytrwać w tej trudnej sytuacji.

Związkowcy z kopalni „Jastrzębie” podpisali list popierający Jaruzelskiego. Był to podstęp i głupota z naszej strony ale wystarczyło, żeby zaczęto źle o nas mówić. Wstydzimy się tego do dziś. Najbardziej mi wstyd, że podpisałam to dobrowolnie po namowie kolegów. Do podpisania listu namówił mnie Heniek Nejman. Był niesamowity: zawzięty na komunistów, a przy tym wyśmienita mówca. Nie chciał żadnych związków zawodowych, chciał obalić ustrój. Dla niego partia była największym złem. Upierał się przy siłowym rozwiązaniu sprawy. Później komuniści zemścili się za jego niechęć do ustroju; był internowany, a po wyjściu na wolność długo nie mógł znaleźć pracy i nie miał żadnych środków do życia.

Mimo kiepskich warunków nasz dom był zawsze otwarty dla ludzi „Solidarności”. Mimo. iż mieliśmy „partyjnych” sąsiadów to nie doświadczaliśmy większych prześladowań. Pewnego dnia włamano mi się do mieszkania. Musiałam zgłosić ten fakt na Milicję. Ponieważ miałam w domu mnóstwo nielegalnych materiałów, nie mogłam dopuścić, aby milicjanci przeszukali mieszkanie. Dałam im listę skradzionych rzeczy i piwa, żeby tylko nie zrobili rewizji. Tym razem się udało.

Kiedy doszło do pacyfikacji strajku w kopalni „Jastrzębie”, zostałam dotkliwie pobita milicyjną pałką. Dwóch górników wzięło mnie pod ręce i wyprowadziło za bramę kopalni. Gdy się ocknęłam, zaczęłam szukać jakiegoś schronienia. Zomowcy byli wszędzie, pałowali każdego kto im się nawinął pod rękę. Wpadłam w histerię i zaczęłam płakać. Chciałam się schronić w pobliskim biurowcu, ale nie wpuściła mnie moja koleżanka! Ukrył mnie kierownik działu ZUS (partyjniak} - kazał mi usiąść za szafą i pisać na maszynie. Mimo protestów zadzwoniłam na „Moszczenice” i powiedziałam, że „Jastrzębie” jest skutecznie pacyfikowane. Dyrektor Krzyszkowski wraz z komisarzem i zomowcami przeszukiwali budynek. Weszli również do pokoju, gdzie się ukrywałam. Na szczęście mnie nie wydali i uniknęłam zatrzymania. Po dwóch dniach wróciłam do pracy. Od tej pory miałam co chwilę robioną rewizję biurka. Zabierano mnie również na przesłuchania w komórce przestępstw gospodarczych mieszczącej się na Katowickiej. Nigdy mnie nie uderzono, ale próbowano zastraszyć waląc z całej siły pałką w stół, gdy zbyt długo zastanawiałam się nad odpowiedzią lub też odpowiadałam „nie wiem”. Wyzywano mnie i upokarzano nazywając „seksualnym pogotowiem”. Komisarz próbował mnie zmusić do podpisania oświadczenia o współpracy. Uparłam się i nie podpisałam. Raz zamknęli mnie na 10 godzin w pokoju, a zza ściany dobiegał mnie krzyk maltretowanego człowieka. Nie wiedziałam wtedy, że była to taśma magnetofonowa. Myślałam, że naprawdę kogoś zabili. Byłam przerażona. Po 10 godzinach brutalnie wyrzucono mnie z komisariatu.

Po stanie wojennym wraz z kolegami z kopalni spotykaliśmy się w licznym gronie „na Górce”. Wówczas kościół zdecydowanie otworzył się na potrzeby „Solidarności”. „Na Górce” drukowana była „OŚĆ” (drukowana była w mieszkaniu Adolfa Kaczkowskiego - przyp. redaktor). Było to centrum jastrzębskiej działalności podziemnej. Pewnego dnia siedząc w salce katechizacyjnej wpadliśmy na pomysł wspólnego wyjazdu i w ten sposób zapoczątkowaliśmy PTTK „Pielgrzym”. Ratyfikowaliśmy także Towarzystwo Trzeźwości. Wspólne spotkania ludzi o podobnych ideach zaowocowały przyjaźnią na śmierć i życie. Jeździliśmy do kościoła w Ustroniu, tam też w 1989 odbył się pierwszy zjazd Solidarności jastrzębskiej.

Były też i wpadki, jak z Jankiem Szczęśniakiem. Zdarzało się, że zatrzymani kolporterzy nie wytrzymywali presji i wydawali kolegów, następowały kolejne aresztowania. Tak było, gdy wpadł Kolk. Wydał wielu ludzi, bo chociaż był jedynie kolporterem, to znał poniektórych z „Górki”. Bałam się bardzo o siebie i męża, nigdy nie wiedziałam, czego się spodziewać. Było to tym gorsze, że mieliśmy małe dzieci. Mordowano i szkalowano księży. Nawet w Braniewie, gdzie się urodziłam, siedział w więzieniu ksiądz Zych, o którym w mediach mówiło się, że pił w barze i rozrabiał. Nagonka medialna na działaczy była ogromna. Musiałam odejść z kopalni, chociaż mnie nie zwolniono. Miałam świadomość, że nie ma tam już dla mnie miejsca i prędzej czy później musiałabym sama zmienić pracę. Bali się mnie. Dyrektor kopalni Krzyszkowski, który bardzo był za „Solidarnością” cały czas popierał moje działania, ale podkreślał, że jeśli on straci posadę, to ja też. I rzeczywiście - wyrzucili go z powodu sprzyjania „Solidarności”. Zaczęłam pracę w filii firmy złotniczej. Później pracowałam w PZG. Zabroniłam mężowi założyć książeczkę G, chociaż cała rodzina nagabywała nas, żeby „coś tam na lewo załatwić”. Raz jedynie ksiądz Czernecki chcąc kupić do kościoła organy poprosił mnie, bym nazbierała książeczek G od ludzi. Potępiano mnie, ale zebrałam odpowiednią kwotę.

Po latach jestem rozczarowana późniejszym przebiegiem sytuacji w Polsce. Sami daliśmy się „wpuścić w maliny”. Mówię o Okrągłym Stole i o tym, że byłam manipulowana przez wielu ludzi z „Solidarności”. Moje patriotyczne ambicje i przekonania zostały wykorzystane przez polityków. Wszyscy im wierzyliśmy, nie wiedząc, że robią wszystko dla własnej korzyści. Jednak komu mieliśmy wierzyć? Mogę powiedzieć tyle: nie żałuję swojego strachu, swoich poświęceń. Jestem dumna, że poznałam tylu wspaniałych ludzi. Może dziś zrobiłabym większość rzeczy inaczej, ale z tymi ludźmi, których poznałam moglibyśmy jeszcze raz zawalczyć o wolność. Bez zastanowienia.