Relacja:Zbigniew Grab

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Zbigniewa Graba

Jastrzębie-Zdrój, 3 XI 2007

W 1980 roku pracowałem w kopalni „ZMP”. Wcześniej nazywała się ona KWK „Świerklany”, lecz władze komunistyczne lubiły nadawać swoje nazwy przejętym zakładom. Stanęła już praca w stoczni gdańskiej i rozpoczęły się strajki na Pomorzu, bardzo to wszyscy przeżywaliśmy. Zaczęły się rozmowy w środowisku górniczym. Zastanawialiśmy się, w jaki sposób pomóc stoczniowcom, gdyż przynajmniej początkowo byli osamotnieni w swojej walce z komunistyczną władzą. Wydaje mi się, że przysłowiową „Kropkę nad i” postawili górnicy, za sprawą których doszło do podpisania porozumień w stoczni. Gierek nie spodziewał się, że na Śląsku stanie praca w kopalniach. W walce stoczniowców wsparło przede wszystkim Jastrzębie. Najpierw pracę przerwała kopalnia „Borynia”, następnie „Manifest Lipcowy” oraz kopalnia „ZMP”.

Byłem jednym, z trzech inicjatorów strajku. Wrz ze mną do ścisłej kadry przewodniej należeli Piotr Wołowicz i Henryk Zgryźniak. Wtedy pracowałem w tzw. „dozorze”. Dołączył do nas jeszcze inż. Marian Kosiński. Pracował w łączności i razem ze mną został skazany na więzienie. Oprócz naszej trójki ważną rolę w strajku odegrała (nieżyjąca już) Janina Glińska. Na kopalni pracowała jako pracownik fizyczny. Została naszym skarbnikiem. Zebraliśmy się w sali kinowej. Na kopalni panowało wówczas ogromne zameszanie. Po korytarzach zakładu biegali ORMOwcy, a dyrektor nawoływał do rozejścia się. Wtedy Piotr Wołowicz wygłosił przemówienie, a warto podkreślić, że był to bardzo charyzmatyczny chłopak. Powiedział, że „stoją” już inne kopalnie, a dowodem było wejście na salę przedstawicieli strajku w kopalni „Borynia”. Wtedy też oficjalnie rozpoczął się strajk kopalni „ZMP”. Uczestniczyła w nim niemal cała załoga. Dyrekcja zakładu i inni pobratymcy partii starali się ten strajk rozbić wszelkimi siłami. Sekretarz partii straszył nas konsekwencjami, mówił, że przyślą czołgi do pacyfikacji strajku. Został wygwizdany i zaniechał dalszych prób straszenia nas. Wybraliśmy komitet strajkowy, na którego czele stanął Wołowicz. Oprócz niego ustalono jeszcze 8 członków KS: Janina Glińska, Henryk Zgryźniak, Grabowski oraz ja. Byli jeszcze inni, lecz ich nazwisk nie pamiętam. Marian Kosiński, jako inżynier i po prostu mądry człowiek został desygnowany do Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego, działającego przy kopalni „Manifest Lipcowy”. On jest sygnatariuszem podpisania porozumień jastrzębskich.

Pamiętam zabawne sytuacje, które wtedy nas rozśmieszyły. Trzeciego dnia strajku, tuż przed podpisaniem porozumienia, drogę do naszej kopalni obstawiła milicja i nie puszczano do nas nikogo. Zadzwoniłem do komendanta milicji w Żorach i przedstawiłem się jako Komitet Strajkowy „ZMP”, wystąpiłem z nakazem likwidacji tej blokady. Zagroziłem, że zwrócę się do Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego o przerwanie rozmów z rządem. Jak za machnięciem magicznej różdżki – po chwili nie było już żadnego milicjanta pod kopalnią. Widać, że liczono się z Komitetami Strajkowymi i obawiano się naszych decyzji. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie przeżyłem. Pracownicy kopalni i inni uczestnicy strajku obdarowali nas wtedy kwiatami. Pierwszą naszą decyzją była prośba do dyrektora o powrót do tradycji górniczych i postawienia figury świętej Barbary. „ZMP” jako nowoczesna kopalnia nie miała żadnych tradycji. Dyrekcja była bezsilna wobec ruchów związku zawodowego „Solidarność” i takie zezwolenie wydała. Postać świętej Barbary zrobiono właściwie własnymi siłami, przy kościele w Żorach. Przyjechał nawet biskup Czesław Domin z kurii Katowickiej i poświęcił ten pomnik. Odbyła się msza z udziałem całej załogi. „Załatwiliśmy” też wejście mieszkańcom okolicznych wsi, którzy także wzięli udział w uroczystości. Łzy nam napływały do oczu, kolejne zwycięstwo i bardzo ważna chwila.

Nastąpiły wolne wybory w związku „Solidarność”. Przewodniczącym na naszej kopalni został Henryk Zgryźniak – kombajnista i bardzo dobry przodowy, taki „fajny chłopak”. Jego zastępcą mianowano Piotra Wołowicza. Skarbniczką była Janina Glińska. Ja zajmowałem się sprawami BHP. Było nas tylko czworo w komisji zakładowej, ponieważ nasza kopalnia była niewielka. W tym czasie w kraju narastała niespokojna sytuacja. Jaruzelski został premierem, potem pierwszym sekretarzem i czuliśmy, że coś się święci. Nawet nasz dyrektor kopalni, który był zazwyczaj dość liberalny i elastyczny, w tym czasie zaczął dość „sztywno” kontaktować się ze związkami. Przyszedł 13 grudzień…

Mieliśmy ustalone dyżury w kopalni jako skład „Solidarności”. Wszyscy członkowie poza mną tj. Glińska, Zgryźniak i Wołowicz byli w domu. Pełniłem swój dyżur i pracowałem jednocześnie na dole. Około 1 w nocy dostałem telefon od sztygara - kazał mi natychmiast wyjechać na powierzchnię. Powiedział, że dzieje się coś okropnego – kazałem wszystkim wyjechać na górę. Około 2 nad ranem nocna zmiana, czyli prawie 800 osób, zgromadziła się na sali kinowej. Pamiętam dobrze - to była niedziela. Wielu ludzi dojechało do kopalni, około 300 chłopaków z Domu Górnika też się stawiło natychmiast. Już wtedy wiedzieliśmy, że nastała trudna sytuacja. Z Żor pieszo przybiegła do nas żona Wołowicza, informując o aresztowaniu męża. Od razu wiedzieliśmy, że reszta członków „Solidarności” również została aresztowana. Nie wiem dlaczego, ale nie aresztowano Janiny Glińskiej – być może z powodu tego, że była kobietą. Po mnie także przyszła milicja, ale nie zastali mnie, jedynie przeszukali dokładnie mieszkanie. Tej nocy internowano czworo ludzi z naszej kopalni To spowodowało rozpoczęcie regularnego strajku. Zostałem jego przewodniczącym, Marian Kosiński był moim zastępcą., W skład grupy przewodniczącej strajkowi weszli również Bronisław Piwowar i Janina Glińska.

14 grudnia o 10 rano pojawił się dyrektor kopalni Leon Guzy. Miał w rękach jakiś papier i obwieścił nam na sali kinowej, że został ogłoszony stan wojenny. Już wcześniej o tym wiedzieliśmy, więc nie było to dla nas zaskoczenie. Komitet Strajkowy zdecydował o wydelegowaniu obserwatora do Międzyzwiązkowego Komitetu Strajkowego w kopalni „Jastrzębie”. Wybór padł na sygnalistę szybowego Czesława Lipkę. Dzisiaj mieszka w Australii, bo został zmuszony do ucieczki z kraju, wraz z rodziną.

Dziś już nie pamiętam tak dokładnie ale wydaje mi się, że w poniedziałek 15 grudnia rozbito strajk na kopalni „Jastrzębie”. Ludzie cały czas dołączali się do strajku w „ZMP”. Wprowadziliśmy przepustki, zwłaszcza dla kobiet, które pomimo strajku okupacyjnego, musiały wrócić do swoich dzieci. Mężczyźni solidarnie pozostali na kopalni. W nocy 14 grudnia pod kopalnię podjechała milicja około 15 mundurowych. Wyszedł jeden gruby zomowiec i zapytał, co się u nas dzieje. Odpowiedziałem mu, że około tysiąc ludzi jest w opozycji do władz i strajkuje, co było oczywiście kłamstwem. Był to wybieg, aby nie zebrali posiłków i nie spacyfikowali kopalni od razu. Wtedy odjechali. Następnego dnia przyszli następni pracownicy z kolejnych zmian i poczuliśmy się pewniej. Między nami chodzili ubecy. Doznałem szoku, kiedy wśród nich zauważyłem swojego dobrego kolegę. Okazał się szują - esbekiem. Nigdy nie podejrzewałbym go o takie stanowisko, choć zastanawiało mnie jego dziwne zaangażowanie w życie kopalni i funkcje, które w niej pełnił. Namawiał do rezygnacji ze strajku, ale został przegoniony. Podejrzewam, że dyrektor miał zatrudnionych ludzi, którzy wiele nie musieli robić, za to wiele musieli widzieć.

Wszystko toczyło się pomyślnie, dopóki nie przyszedł do nas Czesiu Lipka. Pacyfikacja nastąpiła około godziny 9 lub 10 rano. Kasjerki przestały wypłacać wypłaty, odeszły od kas, a do nas dotarło, co się stało w kopalni „Jastrzębie”. Kiedy wpadli, to było straszne! Nie liczono się z nikim i z niczym. Nie ważne były kobiety w ciąży – bili jak popadnie, ludzie uciekali w pola. Obudziło to w nas strach. To był jednak szok, że doszło do tak agresywnej reakcji ze strony władzy. Każdy zaczął się zastanowiać nad tym, co robi. Na teren kopalni wjechali komendant milicji z Żor, pułkownik Wojska Polskiego, szef prokuratury w Rybniku Ragan i jeszcze kilku innych „ważniaków”. Zarządali rozmowy z Komitetem Strajkowym w gabinecie dyrektora. Poszedłem na tę rozmowę razem z Glińska bo chciałem czuć się pewniej… Pułkownik zażądał natychmiastowego opuszczenia kopalni i łapiąc się za kaburę powiedział: „Będziemy musieli tym odpowiedzieć w razie odmowy”. Nie mogłem sam podjąć decyzji, ale zaproponowałem wyjście do sali kinowej, do strajkujących górników. Zapewniłem im całkowite bezpieczeństwo.

Pułkownik zdecydowanie rozkazał - wszyscy muszą się rozejść, bo dalszy bunt skończy się nakazem pacyfikacji kopalni. Wybuchła lekka panika. Wprawdzie nikt nie uciekł, ale widać było na twarzach strajkujących strach i niepewność. Zebrał się Komitet Strajkowy, postanowiliśmy o przerwaniu strajku. Nie chcieliśmy dopuścić do sytuacji która miała miejsce na „Jastrzębiu”, ale z naszą decyzją nie zgodziła się młodzież. Padły mocne słowa: „Zdrajca!” - krzyczeli, „Jedziemy na dół!”. Około 40 ludzi zjechało pod ziemię. Wsiadłem wraz z Glińską do klatki i zjechaliśmy z nimi. Siedzieliśmy na dole ponad godzinę, przekonując ich do wyjazdu. Tłumaczyliśmy im, że nie ma sensu trwały opór, bo natychmiast zostaniemy spacyfikowani. Przekonywałem, że walki nie porzucimy, tylko musimy obrać inną metodę, bo ta prowadzi donikąd. Niektórzy chcieli podziemnym przejściem dostać się na kopalnię „Borynia”. Na szczęście po jakimś czasie udało mi się przekonać ich, by wyszli na powierzchnię. Sztandar solidarności i dokumenty z naszej związkowej działalności szybko ukryliśmy w maszynie wciągowej, a pieniądze zabezpieczyła Glińska. Za te pieniądze zapłaciła później za nas kaucję w komendzie.

Kolejny dzień po rozwiązaniu strajku dyrektor ogłosił wolnym od pracy. Mnie puszczono wolno, nikt nie chciał mnie aresztować. Sam dyrektor zasugerował mi, żebym wziął samochód z transportu i szybko wrócił do domu. Tam dowiedziałem się, że szukała mnie w domu milicja i miałem być aresztowany. 16 grudnia poszedłem do pracy, jakby nigdy nic. Zjechałem na dół, ale nikt nie pracował - wszyscy toczyli zacięte rozmowy na temat sytuacji panującej w kraju. Najbardziej bulwersowała nas sytuacja w Jastrzębiu Zdroju. 17 grudnia jechałem na drugą zmianę autobusem. Nagle zamieszanie i autobus staje. Okazało się, że z Domu Górnika wyszli młodzi ludzie i zrobili wiec. Dyrektor w obawie przed kolejnym strajkiem,zawiadomił nas, że druga zmiana ma przymusowe wolne. Nagle znikąd pojawiło się pełno milicji. Postanowiłem iść w stronę kopalni. Otoczył mnie wianuszek milicjantów wymierzyli we mnie broń. Padło kilka strzałów w powietrze, ktoś krzyknął: „Puśćcie go!”. Zostałem zabrany do gazika. W samochodzie mnie pobito. Było czterech milicjantów. Zostałem skuty. Na przednim siedzeniu siedział podporucznik Miżnik, który pierwszy uderzył mnie pięścią w twarz. Nie mogłem się otrzeć, więc krew ciekła mi po twarzy, a on krzyczał: „Ty sk…. Ty jesteś od roboty, a od rządzenia to jest dyrektor kopalni i my! Ja ci dam strajkować”. W pewnm momencie wydał komendę zatrzymania pojazdu i, powiedział: „Rozwalimy go”. Tylko dlatego, że jeden z milicjantów powiedział, że „załatwią to” w KM w Żorach dojechałem w całości. Po przyjeździe na komendę od razu zaprowadzono mnie do piwnicy, tam rozkuto i kazano rozebrać się do naga. Było strasznie zimno, a ja stałem nago… Przeszukali mnie dokładnie i postawili pod ścianą. Wtedy jeden z esbeków wyciągnął pistolet i przeładował go. Powiedział, że mnie zastrzeli. Doznałem szoku – strach przed śmiercią… Nagle ktoś przybiegł do piwnicy i powiedział, że coś się dzieje na górze. Zostawili mnie z dwoma milicjantami. Jeden z nich był bardzo młody, zapytał mnie: „Co teraz będzie?”. Nie wiedziałem, co mu odpowiedzieć. Na tym się skończyło, wtrącono mnie do celi. Nawet nie wiem, czy dostałem coś do jedzenia lub do picia. Po dwóch dniach zostałem przewieziony do komendy w Rybniku i przekazany służbom bezpieczeństwa. Odebrali mnie dwaj cywile i kazali mi spisywać zeznania, czyli cały przebieg strajku. Interesowało ich wszystko – kto był w komitecie strajkowym, jak przebiegały wydarzenia. Mówiłem, że nic nie pisałem, dopóki nie padło zdanie: „No co k… nic nie piszesz, nie masz co pisać?”. Jeden z nich rzucił mnie na podłogę, przykuł do kaloryfera i skopał. Potem wyszedł z pomieszczenia i przyszedł inny milicjant, tak zwany „dobry glina”. Nawrzeszczał na tych agresywnych milcjantów, upominając, że tak się nie postępuje z więźniami. Potem jednak też mnie nakłaniał do pisania. Wreszcie zaczął mnie straszyć, że zostanę internowany za opór. Mimo to kartka przede mną pozostała pusta. Zabrano mnie w końcu do celi.

Przed świętami Bożego Narodzenia, z wydaną na piśmie decyzją o internowaniu, którą podpisał komendant z Katowic, znalazłem się w więzieniu w Szerokiej. W słynnym pawilonie nr 3 spotkałem wielu kolegów min: Wołowicza, Grabowskiego. Nie wiem dlaczego Kosiński i Glińska nie byli internowani. Tam przeżyliśmy wspólnie święta. Szybko wylądowałem w izbie chorych, dlatego nie brałem udziału w mszy, którą odprawił biskup Domin z okazji świąt. Z izby chorych wyszedłem po około 4-5 dniach. Cele były maksymalnie przepełnione, śmierdzące i brudne. Przez cały dzień mieliśmy wprawdzie pootwierane cele, a tylko na noc nas zamykano. Do tego czasu nie mogłem się kontaktować z rodziną. Któregoś dnia przyjechał na widzenie mój ojciec z siostrą. Nasze spotkanie odbło się w dziwnym, kameralnym nastroju. Rodziny siedziały razem, gawędziły… Jednak nad każdym z nas stał cenzor, który upominał, i wskazywał na jakie tematy można rozmawiać. Kilka dni po tym widzeniu kazano mi się pakować. Najpierw wydawało się to być sygnałem do wypuszczenia mnie. Koledzy gratulowali, myśląc, że wracam do domu. W tamtym czasie często ludzie podpisywali tak zwane „lojalki”, lecz ja jej nie podpisałem. Mimo to wydano mi ubrania z magazynu, wyszedłem przed bramę i myślałem, że wracam do żony… Niestety przed bramą czekali na mnie milicjanci. Skuto mnie ponownie. Nie wiedziałem o co chodzi, bo znów trafiłem do komendy w Żorach. Esbek wziął mnie na przesłuchanie. Przeczytał zarzuty: za stanie na czele Komitetu Strajkowego w stanie wojennym zostanie sądzony w trybie doraźnym z dekretu 46, paragrafu 1, za co grozi nawet kara śmierci. Ponownie odmówiłem zeznań. Byłem wręcz bezczelny w swym postępowaniu. Mimo to tym razem już nikt mnie nie uderzył.

Kolejnego dnia, ten sam esbek zabrał mnie i Mariana Kosińskiego na przesłuchanie. Nie wolno było nam porozumiewać się między sobą. Nie baliśmy się ich i mimo zakazu zamieniliśmy ze sobą kilka zdań. Po przesłuchaniu przedstawiono mi zarzut organizacji strajku. Wrzucono nas razem do gazika. Nie wiedzieliśmy, gdzie nas zawiozą. Powieźli nas do wojskowej prokuratury garnizonowej w Gliwicach. Przesłuchiwano nas ponownie na terenie wojska. Choć nienawidziłem tych esbeków, to wojsko kojarzyło się dość dobrze. Pomimo stanu wojennego nadal miało dobrą opinię. W porównaniu do przesłuchań na komendzie tu traktowano mnie stosunkowo ludzko. Służbowo i chłodno - ale ludzko. Coś tam powiedziałem, właściwie tylko to, że odbył się strajk i niewiele więcej. Podpułkownik Wierzbicki nie był mi znany, chyba go nie widziałem. Zostaliśmy aresztowani. Po jakimś czasie zatrzymali również Piwowara. Posadzono nas w gliwickim areszcie śledczym jako oskarżonych, a nie jako internowanych. Sprawa sądowa odbyła się dość szybko, bo już w lutym. Niepotrzebni byli świadkowie, gdyż nie odbyła się wielka rozprawa. Sądzono nas wedle powiedzenie: „Mamy człowieka, paragraf się znajdzie”. Rozprawę prowadził major Godyń. Było to w lutym 1982. W 1988 lub 1989 roku usłyszałem w telewizji, że generał brygady Godyń został prezesem Sądu Najwyższego Izby Woskowej w Warszawie. Zdziwiłem się, bo to było w okresie przejściowym, podczas tzw. „odwilży”. Często sądził na Śląsku i wydawał wyroki skazujące, a mimo to obsadzono go na tak poważnym stanowisku.

Dostaliśmy wyrok w zawieszeniu na trzy lata oraz grzywnę. Po sprawie wypuszczono nas i przyjęto z powrotem do pracy. Przyjmował nas pułkownik wojskowy, bo cała kopalnia była zmilitaryzowana. Na samym wstępie kategorycznie zakazał nawoływania do strajków. Stwierdził, że mam dobrą opinię jako pracownik i poprosił o niewykraczanie poza ramy stanu wojennego. Prokuratura nie dała jednak za wygraną i wystąpiła o rewizję nadzwyczajną, która odbyła się w Warszawie. Pojechaliśmy tam razem z Kosińskim. Przed Sądem Najwyższym w Izbie Wojskowej prowadził sprawę jakiś generał, który uznał, że pierwszy wyrok w naszej sprawie jest słuszny. Odrzucił roszczenia prokuratora i utrzymał w mocy wyrok pierwszej instancji. Wiedziałem, że chwilowo więcej szykan nie będzie.

W czerwcu 1982 roku zbieraliśmy na kopalni pieniądze dla internowanych. Chcieliśmy przekazać je Kościołowi, ponieważ księża byli zaangażowani w pomoc więźniom politycznym. Ktoś doniósł o tej akcji. Będąc w pracy dostałem informacje, że jedzie po mnie milicja. Glińskiej kazałem uciekać i szybko przekazałem jej papierowe pieniądze, by je oddała na wieży maszyniście. Kiedy mnie aresztowali zabrano mi te pieniądze, które mi w rękach zostały. Wyśmiano mnie, że tylko tak mało zebraliśmy dla internowanych. Ja zaś miałem satysfakcję, że znaczna kwota była już zabezpieczona. Zostałem zabrany na komendę razem z Wołowiczem. Dostałem najwyższe kolegium w kwocie pieniężnej. Glińska wyciągnęła nas za kaucją, którą zapłaciła z pieniędzy związkowych. Wołowicza przywrócono do pracy górniczej. Natomiast mnie wezwał dyrektor i powiedział, że z polecenia wyższych służb jestem zwolniony. Zakazał mi wstępu na kopalnię. Ze strażnikiem przy boku załatwiałem przed odejściem tzw. „obiegówkę”. Było to zabezpieczenie, żebym z nikim nie rozmawiał. Odsunięto mnie automatycznie od pracy, ale wypłacono pieniądze, jakbym dostał wypowiedzenie. Przez rok byłem bez pracy, na utrzymaniu żony – pielęgniarki. Zespół Opieki Zdrowotnej, w którym pracowała moja małżonka nie miał nałożonego embarga na przyjmowanie byłych internowanych. Zostałem więc przyjęty za kwotę siedmiokrotnie mniejszą od tej, którą zarabiałem na kopalni. Pracowałem w ZOZ ponad rok. W międzyczasie starałem się dostać do KWK, ale wszędzie mi odmawiano. Wzywano mnie do Komendy Wojewódzkiej w Katowicach i kazano opuścić kraj. Doprowadziło to do chwili załamania. Mieszkałem wówczas z córką, zięciem i wnuczką i nie chciałem ich opuszczać. Użyłem zatem podstępu i wyraziłem zgodę na wyjazd do Stanów Zjednoczonych pod jednym warunkiem – że moja cała rodzina poleci ze mną. Oczywiście nie wyrażono na to zgody, tylko postraszono mnie ponownie, grożąc nawet śmiercią.

Miałem robioną dziewięciokrotnie rewizję w mieszkaniu. Byłem przezorny i nie trzymałem żadnych podejrzanych materiałów w domu. W tamtym czasie związałem się dość blisko z Kościołem i brałem czynny udział w katolickim życiu podziemnym. Znów użyłem wybiegu i powiedziałem, że zwołam konferencję prasową dziennikarzy zagranicznych w Warszawie, jeśli nie przestaną mnie tak notorycznie nachodzić. Uczciwie powiem, że opowiedziałbym o sytuacji w kraju z miłą chęcią. Od tego czasu przestano rewidować mój dom. Widywałem jednak ciągle twarze esbeków w kościele. W kościele „na górce” byli wspaniali księża – Czernecki i Białas. Tam się spotykaliśmy (podziemny KIK) i obchodziliśmy rożne uroczystości kościelne. Pamiętam też, że z pomocy prałata Czerneckiego korzystał Tadek Jedynak, który reprezentował region śląski w Warszawie. Działał w MKZ i był osobą bardzo szanowaną w naszych kręgach za swoją nieugietą postawę. Został oczywiście uwięziony w okresie stanu wojennego i nie miał szans na wypuszczenie, ale w wyniku jakiejś amnestii znalazł się spowrotem w Jastrzębiu i z nim poszedłem do księdza Czerneckiego – ten był bardzo zaskoczony i ofiarował nam wtedy dużą pomoc.

Poszedłem do pracy w zakładzie „BUDEX”, dostałem się tam z jeszcze jednym kolegą. Jego nazwisko też znajdowało się na indeksie osób, których nie wolno było przyjmować do pracy w kopalni (mieliśmy wilcze bilety). „BUDEX” nie miał informacji na ten temat, albo nie musiał się takimi restrykcjami przejmować, stawiam na tę pierwszą ewentualność. Oczywiście nie przyznałem się, że byłem internowany. Powiedziałem, że pracuję w ZOZ-ie z powodu chwilowego złego stanu zdrowia. Przeszedłem prawidłowo wszystkie badania i w 1984 roku zostałem przyjęty jako górnik na stanowisku fizycznym. Dostawałem już normalną pensję i trochę polepszyło się finansowo w domu. Jednak w 1986 roku przyszło do nas pismo, że „BUDEX” nie jest zrzeszony w Rybnickim Okręgu Węglowym i muszę płacić kilkakrotnie większy czynsz za swoje służbowe mieszkanie. Takie pisma otrzymali ci, którzy odeszli z kopalni. Nie wiem, kto wysłał to zaświadczenie. Musiałem zapłacić kilkakrotnie większy czynsz lub do określonego dnia opuścić mieszkanie. Wziąłem ten papierek i poszedłem do znajomego,kierownika działu zatrudnienia w KWK „Moszczenica” z zażaleniem. Nie wspomniałem, że byłem czynnym działaczem strajku – wiedziałem, że interesowali go działacze tylko z jego kopalni i nie wnikał w to, jakie nazwiska są na „czarnej liście”. On doradził mi napisanie odwołania od tej decyzji i osobiście zobowiązał się do wstawiennictwa w tej sprawie. Napisałem więc, że mam niewiele lat do emerytury i chcę spokojnie przepracować ten czas z zachowaniem moich warunków mieszkaniowych. Zezwolono na przeniesienie mnie służbowo w inne miejsce pracy, tak też zacząłem pracę w kopalni „Moszczenica”. Tylko to wstawiennictwo „załatwiło” mi to służbowe przeniesienie, które dla mnie było szczęśliwym trafem. W „Moszczenicy” doczekałem szczęśliwie 1988 roku, kiedy nastąpiły ostatnie strajki.

Tam też zawiązał się komitet strajkowy z udziałem Grzegorza Kolosy, wspaniałego, młodego, bardzo pracowitego i sympatycznego człowieka. Pamiętam m.in. Henryka Kryzę, Bogdana Krauze. Na kopalnię przybył łącznik z MKS w KWK Manifest i rozpoznał mnie z działań z ubiegłych lat. Tak trafiłem do KS jako doradca. Potem nastąpiło słynne zejście na dół. Był tam też Romuald Bożko, który nie pracował wówczas w kopalni (zwolniony), ale znalazł się podczas strajku na „Moszczenicy”. To już był właściwie koniec naszej walki i tego strajkowego dążenia do swoich celów. Potem już ogromna radość z sukcesu i życie toczyło się dalej, swoim torem. Moja żona, Anna, pracowała w ZOZ-ie i tam w 1988 roku zorganizowała Solidarność. Była inicjatorką, a zarazem przewodniczącą związku. Razem chodziliśmy do kościoła, uczestniczyliśmy wspólnie w tym podziemnym życiu religijnym. Łączyliśmy się w swoich działaniach. Brała udział podczas pierwszych wyborów w mieście Jastrzębie Zdrój, w dwóch kadencjach była radną miasta. Później zrezygnowała z tej funkcji, ze względu na stan zdrowia. Zawsze była bardzo aktywna w działaniach przeciwko systemowi komunistycznemu. Pierwszy prezydent, wybrany wolnych wyborach był jednak dalej starym komunistą. Chociaż to były wolne wybory nie udało się przeforsować wszystkich naszych, walczących wcześniej o wolność ludzi. Chociaż mieszkańcy mieli wolną rękę wybrali czerwonego. Żona walczyła potem o wszystko z radnymi, bardzo dużo zrobiła w tym mieście, zwłaszcza w Komisji Służby Zdrowia.

Po tych wszystkich trudnych latach mam pewną satysfakcję, że dokonałem właściwego wyboru. Niczego się nie wstydzę, choć były różne opinie, z powodu zakończenia strajku w 1981 roku. Ale ja do dziś jestem przekonany, że dokonałem dobrego wyboru, bo walka trwała nadal, a obyło się bez rozlewu krwi i bicia niewinnych ludzi. Może ktoś mi zarzuci, że mogłem powziąć inną decyzję, ale po latach potwierdziło się, że miałem rację. Porównując tamte czasy, a dzisiejszą Polskę uważam, że wreszcie jest wolność. Są swobody, których wtedy nie było. Szkoda, że gospodarka kuleje, że są małe zarobki, że rząd jest skłócony i zmienny… Ale wyszliśmy z marazmu i trzeba czasu na nauczenie się demokracji. Mamy wolną prasę, nawet niewielkie ingerencje się nie udają. Nie ma alternatywy, żeby Polska poszła w złym kierunku – jesteśmy w Europie. Żal mi młodego pokolenia, które ma problemy ze znalezieniem pracy i samodzielnym utrzymaniem rodziny. Kończą studia i właściwie nie mają co ze sobą zrobić, łapią po kilka etatów i dalej mają zbyt mało zarobków. Ale wychodzę z myślą, że może ich dzieci lub wnuki będą miały coraz łatwiej i lepiej. Wspomnienia są trudne i często bolesne. Czasem drastyczne i nieprzyjemne, ale mam świadomość, że dołożyłem swoją „cegiełkę” do tworzenia nowego systemu w którym mamy wolną Polskę.

Opracowanie: Andrzej Kamiński