Relacja:Zbigniew Jaskólski

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Zbigniewa Jaskólskiego

Jastrzębie-Zdrój, 18 VI 2002

Pamiętam, że od najmłodszych lat mój ojciec strał się zaszczepić we mne idee niepodległościowe. Ogromne wrażenie zrobił na mnie widok munduru strzelca z legionu Piłsudskiego i butów wojskowych z cholewami, które należały do mojego dziadka. On również był wielkim patriotą i kiedy byłem małym chłopcem uczył mnie piosenek i wierszy o gen. Piłsudskim. Dzięki opowieściom rodzinnym dowiedziałem się wiele o Armii Krajowej oraz wydarzeniach w Katyniu, a ponieważ mój ojciec urodził się w Poznaniu to opowiedział mi o „czerwcu poznańskim”. Dobrze pamiętam moment, w którym nastąpił we mnie przełom i otwarcie zacząłem nie zgadzać się z sytuacją w kraju. Spowodowało to następujące wydarzenie: w 1966 roku kazano wykroić z ram obraz Matki Boskiej Częstochowskiej i po całym kraju krążyły same ramy. Skutkiem tego doszło do potężnych rozruchów pomiędzy władzą a kościołem, m.in. w moim rodzinnym Brzegu. Zamieszki trwały ok. tygodnia. Ludzie protestowali przeciwko profanacji świętego obrazu. W owym czasie władza rozpoczęła prześladowania Kościoła, ale społeczeństwo twardo stanęło w obronie wiary. W Brzegu musiano zaangażować pułki szybkiego interweniowania, wcześniejszy odpowiednik ZOMO. Pamiętam dokładne, że jako 15 letni chłopak biegałem po mieście z procą i strzelałem do tamtych broniąc przekonań moich najbliższych. Po zakończeniu protestów aresztowali mojego ojca. Dzięki staraniom mojej matki wypuszczono go już po 3 miesiącach. Fakt, iż zamknęli mojego ojca za obronę wartości religijnych ugruntował we mnie nienawiść do komunistów.

W szkole mimo iż nie kryłem się ze swymi przekonaniami nigdy nie stosowano wobec mnie represji. Raz tylko zbuntowałem się na lekcji rosyjskiego, nie chcąc pisać po rosyjsku wypracowania o moim rodzinnym mieście. Musiałem wtedy powtarzać przedmiot. Zbuntowałem się też w wojsku, nie chcąc należeć do Koła Młodzieży Wojskowej. Kazano mi odbyć rozmowę z tkz „politycznym”. Nigdy nie należałem do żadnego stowarzyszenia, organizacji, partii, ORMO itp., nie posiadałem żadnej legitymacji i nikt z mojej rodziny do takich komunistycznych wytworów władzy też nie należał.

Na Śląsk wyjechałem w 1973 roku. Dostałem pracę na KWK „Borynia”. Miałem 3,5 miesięczne szkolenie na kopalni „Anna”. Wcześnie zacząłem robić problemy, starłem się m.in. z przewodniczącym związków górniczych. Na jego oczach wyrwałem zdjęcie z legitymacji związkowej i miałem z tego powodu duże nieprzyjemności. Zaczęły się tzw. „schody”. Po czterech tygodniach od tego zdarzenia miałem spotkanie z dyrektorem ds. pracowniczych, który nazywał się Popieluk. Brało w nim udział jeszcze dwóch mężczyzn tzw. „smutnych” panów. Bardzo chcieli się dowiedzieć kim się inspiruję i kto mi podpowiada jakie są obowiązki i założenia działania związków zawodowych. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że mam to we krwi i nikt mi nie musi podpowiadać. Przeciwstawiłem się nakazowi pracy w niedzielę, dlatego też miałem pisaną „bumelkę” za każde niestawienie się na niedzielnej zmianie. W 1979 roku pożegnałem się z KWK „Borynia” i przeszedłem do KBO „ROW”. Po burzliwym okresie 1980 roku i wprowadzeniu stanu wojennego wiedziałem, że moje szanse są większe.

W 1980 roku jestem w Komitecie Strajkowym. Zakłady KBO „ROW” wydelegowały mnie na KWK „Moszczenica”. Doskonale pamiętam Busztę i Murasa, który był przewodniczącym Komitetu Strajkowego. Znamienną postacią był wtedy Wąs (były oficer rezerwy), który podczas strajków wprowadził górników w błąd, okłamując ich, jakoby zostało podpisane porozumienie pomiędzy KWK „Zofiówka” a władzami kraju. To było oczywiście kłamstwo, natychmiast w dość niedelikatny sposób usunięto go z Komitetu Strajkowego i zastąpiono innym delegatem z KWK „Zofiówka”. Zmiennikiem został Janek Sroka. Edek Muras i Gienek Repeć przejęli kierownictwo strajku, który dzięki temu został doprowadzony do końca. Międzyzakładowy Komitet Strajkowy na KWK „Zofiówka” oddelegował naszą czwórkę na kopalnię „1 Maja”. Tam zostaliśmy wysłani bezpośrednio do organizacji strajku, którym jak na razie kierował Edek Szczygieł. Panował tam jeden wielki chaos. Inicjatywę próbowali przejąć towarzysze i ORMO-wcy, którzy chcieli zdusić strajk na samym początku. Na szczęście nie udało im się. Po prawie 4 godzinach został opanowany szyb i zjazdy na dół. Na czele strajku oficjalnie stanął Edek Szczygieł. Sytuacja została opanowana. Po kilku godzinach opuszczaliśmy naszą czwórką delegatów KWK „1 Maja”. Właśnie wtedy zostaliśmy zatrzymani przez oddziały milicyjne które czekały na nas zaraz za kopalnią. Przetrzymywali nas prawie 4 godziny. Atakowało nas ORMO rzucając kamieniami w nasze samochody. Miało tam miejsce dziwne zdarzenie: pojawił się major, który wziął od przesłuchującego nas milicjanta nasze dokumenty i wydał rozkaz usunięcia z chodnika tłumu ORMO-wców. Oddalając się powiedział do nas: „Macie rację, życzę powodzenia” i kazał nam odjechać, wcześniej utorowawszy nam drogę. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Nigdy potem tego człowieka nie spotkałem.

Po strajkach w 1980 roku zostałem w strukturach, bo należałem do Komitetu Założycielskiego przy KBO „ROW”. Potem zostałem szefem komisji zakładowej. Oddelegowano mnie do prac przy MKK „Żory”. Tam też przynależałem w momencie wprowadzenia stanu wojennego. Pamiętam nazwiska ludzi należących do komitetu założycielskiego: Marysia Pawlas, Marian Słomka, Janusz Łanoszka, Michał Waliszewski, Basia Rusek z MKK (przewodnicząca całego MKK „Żory”), natomiast ja byłem przewodniczącym sekcji interwencji.

„Karnawał Solidarności” jest etapem niezapomnianym. Pamiętam masowe zapisy do związku „Solidarność”. Były też przywołania, aby dobrze przyjrzeć się członkom partii, jednak padły zarzuty dyskryminacji. Według mnie to był błąd, że nie doszło do ściślejszej weryfikacji, bo później niektórzy ludzie, byli członkowie partii, napędzali informację przeciwko związkowcom. Miałem kontakt z Jarosławem Sienkiewiczem, który był informatorem służb bezpieczeństwa (potwierdził to później Tadek Jedynak). Był przygotowany przez bezpiekę w Rybnickim Zjednoczeniu Węglowym, które mieściło się w obecnym Urzędzie Miasta i stamtąd przewieziono go do KWK „Borynia”. Pamiętam, że dochodziło w MKR Jastrzębie do scysji pomiędzy Stefanem Pałką, Jedynakiem, a Sienkiewiczem. W pewnym momencie pozbawiono Sienkiewicza władzy, ponieważ ludzie czegoś się już dowiedzieli. Dowodem słuszności tej decyzji były zapiski w „Trybunie Ludu”, która płakała, że na walnym zebraniu MKR-u związek bardzo źle potraktował Sienkiewicza.

Pod koniec 1981, zwłaszcza po wydarzeniach marcowych (pobicie Rulewskiego), miałem przekonanie, że coś złego się stanie. W lutym 1981 miały być wybory do Rad Narodowych i coś przeczuwałem. Nikt nie przewidywał, że zostanie wprowadzony stan wojenny, ponieważ nie regulowała tego konstytucja. W takiej sytuacji obce wojska musiały zostać wycofane z Rzeczypospolitej. Zakładałem najwyżej stan wyjątkowy. Zaczęły powstawać tzw. „drugie garnitury”. Część kolegów zawiodła, może się wystraszyli. W ściślejszych gronach pamiętam rozmowy z Jankiem Łanoszką i Marianem Słomką. Marian, starszy człowiek, walczył kiedyś w Armii Krajowej. Uczył nas konspiracji, pokazywał, jak organizować struktury. Wiedzieliśmy, że prędzej czy później dojdzie do walki. Podczas tzw. „rozmów ostatniej szansy”, kiedy sklepy były już puste i ludzie głodowali, a Rakowski krzyczał, że „kto ma mięso, ten ma władzę”, kiedy w listopadzie nastała atmosfera przygnębiająca, pełna niepokoju wiedzieliśmy, że nadchodzi coś strasznego. W okolicy października – listopada Wałęsa jeździł po kraju i gasił strajki. Moje doświadczenie podpowiadało mi, że sekretarze partii i oddziałowi kierowali ludźmi, nakręcali ich. Wszystko zmierzało w złym kierunku. Trzeba było mieć wiele naiwności (w 1980 roku, po podpisaniu „Porozumienia Jastrzębskiego”) aby wierzyć, że władza czegoś nie wywinie. To było nie do pomyślenia, aby funkcjonował wolny związek zawodowy. Miało przeciez nie być cenzury, a działacze mieli dostać tzw. „glejty o nietykalności”, które miały nas chronić od konsekwencji – aresztowań i internowania. Wtedy na polecenie Sienkiewicza pan Jan Jarliński, późniejszy działacz OPZZ pojechał do komitetu wojewódzkiego z nazwiskami strajkujących. Przygotował zomowcom pięknie uzupełnione teczki z listą nazwisk do internowania. Taka była słowność komunistyczna.

Przy ogłoszeniu stanu wojennego byłem w domu, obudził mnie trzask telewizora, gdzie ogłaszano właśnie stan wojenny. Około godz. 8 rano udałem się do siedziby MKR-u, ale nie zastałem tam nikogo. Udałem się w kierunku kopalni „Zofiówka”, gdzie zawiązywał się strajk. Porozmawiałem wówczas z Jankiem Bożko i kolegami, skierowano mnie na Komisję Zakładową oraz nastawiono na walkę. Zabezpieczyłem swoją dokumentacje, przekazałem je Marianowi Słomce, próbowałem zorganizować strajk. To było jednak niemożliwe na moim zakładzie pracy, w budowlance było to wszystko zbyt rozbite. Bez szans powodzenia strajku na naszym zakładzie pracy wróciłem na KWK „Borynia”, gdzie pomagałem kolegom, którzy znali mnie jeszcze ze struktur miejskich. Na kopalni spotkałem kolegów z zarządu regionu i sekcji interwencyjnych: Rysia Kusia, Cześka Sławka (już nie żyje), Andrzeja Jarosza, Heńka Biernata. Wtedy strajk na kopalni „Borynia” zaczynał się coraz mocniej organizować, stałem się ciałem doradczym komitetu strajkowego. Byłem tam do przedostatniego dnia, do godz. 2 w nocy.

KWK „Borynia” była niezwykle obwarowana, gdyby tam doszło do walki lała by się krew. Poustawiane były butle z tlenem, ludzie byli przygotowani na najgorsze, nawet na śmierć. W drugim dniu strajku scementowała się grupa i zostało jakieś 2,5 tys. ludzi. Te zasoby podzielono na plutony i sektory obrony, prawie jak w wojsku. Nie wiem, kto dowodził obroną kopalni, ale po wojskowemu dyrygował wszystkim i dlatego było to tak perfekcyjnie zaplanowane. Butle z tlenem zostały zniesione pod bramę kopalni i przysypano je śniegiem. Nad bramą były na metr wysokości poukładane worki z piaskiem, a za nimi skrzynki po wodzie z benzyną. Tych butelek było masę, nie tylko na bramie głównej, ale też na innych bramach i w rożnych miejscach kopalni. Przygotowane były butelki z kwasem lampowym. Było wiele narzędzi do walki wręcz: pik, mieczy i maczug. Z wałów został ściągnięty spych, ustawiony pod bramą CRP i w momencie wjazdu czołgów naprężyłby specjalnie przygotowaną linę i zatrzymałby gąsienice czołgów. Naprzeciw bramy stał bojowy wóz strażacki z aparatem pianotwórczym, który miał być wykorzystany w razie ataku, by zmniejszyć widoczność agresorom, a w tym czasie nasi chłopcy podpaliliby koktajle Mołotowa. Punkt obserwacyjny mieścił się na skipie, tam gdzie syrena alarmowa. 16-stego lub 17-stego padła prośba o mszę, przyszedł ksiądz z Szerokiej. Prowadził modlitwę z okna siedziby Komitetu Strajkującego – pomiędzy budynkiem cechowni, bramą główną, a obecnym budynkiem CRP. Po modlitwie jakieś 2,5 tys. ludzi nie chciało odejść, chcieli jeszcze ostatniej spowiedzi. Wszyscy uklękli, była to masowa spowiedź i masowe rozgrzeszenie. Rozpłakałem się wtedy, bo widziałem już, w jakim kierunku to idzie, że nikt już się nie wycofa. Do dziś trudno mi się o tym mówi. Po tych wydarzeniach, zaledwie po godzinie wszedł do komitetu strajkowego dyrektor kopalni Borowy z pułkownikiem i nastąpiła tzw. „ostatnia rozmowa”. Było to 17-stego dnia po zdarzeniach na kopalni „Wujek”. Do nas informacje dochodziły szybko przez linię kolejową, Rysiek Kuś dostarczał nam wiadomości z kraju i regionu. W tym momencie Rysiek Będkowski powiedział Borowemu, że chcemy przywrócenia działalności związku „Solidarność” oraz przywrócenia aresztowanych i internowanych do pracy, a przede wszystkim wypuszczenia ich z więzień. Po spełnieniu tych żądań natychmiast przerwalibyśmy strajk. Nie zapewniono nas o spełnieniu żądań. Borowy wyciągnął rękę do Będkowskiego i poprosił, by się nie żegnali. Pierwszy raz widziałem w oczach dyrektora łzy, chyba już wiedział co się święci. Tego samego dnia, około godz. 17 jakieś 30 czołgów podjechało pod kopalnię od strony Gogołowej. Nastąpiła manifestacja siły, część ludzi nie wytrzymała psychicznie i wyszła przed łańcuchy, naprzeciw czołgów. To było bardzo niebezpieczne, mogło dojść do tragicznych zdarzeń. Rzucali w czołgi wszystkim, co mieli pod ręką, mimo to nie doszło do walk. To była tylko manifestacja siły, po 15 minutach wszystkie czołgi odjechały.

Ksiądz Płonka dotarł na kopalnię wtedy, kiedy mnie już nie było. Dotarł na polecenie księdza prałata Czerneckiego. 18-stego nastąpiło rozwiązanie strajku na kopalni „Borynia”, gdzieś około 2 w nocy. Wcześniej Henio Biernat dostał polecenie, by zabrać z siedziby MKR-u papier, sztandar i pieniądze, które tam były. Henio miał klucze do naszej siedziby. Ja, Andrzej Jarosz i jeszcze ktoś trzeci, kto szedł za nami dla naszego bezpieczeństwa, dotarliśmy około 2 w nocy do siedziby MKR-u, ale do 5 nad ranem Henio nie dotarł. Około 6 rano poszliśmy „na górkę” do księdza Czerneckiego. Drzwi otworzyła nam gospodyni i przyjął nas ksiądz Piotr Płonka. Jemu opowiedzieliśmy, co się dzieje na kopalni „Borynia”. Wtedy do księdza prałata Czerneckiego przyjechał ten sam komisarz wojskowy, którego poznaliśmy na „Boryni”. Rozmowa u prałata trwała 20-25 minut, a ksiądz wyszedł bardzo zdenerwowany. Natychmiast po rozmowie wydał komendę do księdza Płonki, by jechał do Krypczyka, by ten wydał pozwolenie na wjazd na KWK „Borynia”. Powiedział tak: „Wytłumacz tym górnikom, aby przerwali strajk. Jest już polecenie użycia broni”. To były dla nas straszne 4 godziny czasu, czekaliśmy na powrót księdza Płonki z obawami, lękiem.

Po jego powrocie wiedzieliśmy, że strajk rozwiązano. Odetchnąłem z ulgą. Dobrze, że obyło się bez walki, bo tam byłaby masakra. Jednak strajkujący ponieśli konsekwencje w ogromnym wymiarze. Niepowetowaną stratą było zwolnienie ponad tysiąca ludzi z pracy. Bardzo łatwo było ich wyłapać, w dyrekcji była wyłożona lista z nazwiskami tych, którzy się nie bali przyznać do strajku, ale wyrażali chęć przystąpienia do pracy. Część tych ludzi zwolniono, a niektórych przyjęto na znacznie gorszych warunkach. Takie osoby, jak Józek Grembowski i Rysio Będkowski dostali niesamowite wyroki, zostali skazani. Bito ich, Grembowskiego wręcz zmasakrowano. Pocięto mu czoło żyletką, usłyszał przy tym, że „takiego sk… niech lepiej krew zaleje, niż ma go polska ziemia nosić”. Józka nie pokazywano wtedy innym internowanym, bo był strasznie zmasakrowany. Wiem, że działo się to na posterunku w Szerokiej. Dużą pomoc kierowano do rodziny Józka, u niego w domu został syn około 7-letni i jego 14-letnia córka. Żona Józka nie żyła, zmarła wcześniej, a dzieciom pomagano, jak tylko można było.

Zaangażowałem się w organizację paczek dla rodzin internowanych. Zorganizowano mój przerzut na kopalnię „Zofiówka”, gdzie zostaję życzliwie przyjęty przez kolegów. Tam zaczęliśmy zbieranie pieniędzy dla internowanych. Ofiarnie pomagali Staszek Kosek, Stasio Pasek, Piotr Blaut, Edek Skonieczny, Jurek Nowosielski. Zaczęliśmy robotę związkową. W dniu wypłaty stałem z torbą na cechowni. Koledzy z organizacji „Solidarność” przynosili pieniądze. Odbierał ją ode mnie Stasio Kosek. Musze powiedzieć, że to był człowiek, który się rozliczył się ze stanu wojennego co do złotówki. Prowadził całą dokumentację finansową związkową i rozliczał związek organizacyjny do końca stanu wojennego z każdej jednej złotówki, zebranej i wydanej. To nieprawda, że zaginęły mu te dokumenty, to jedyny człowiek, który tak solidnie podszedł do tego.

Przez cały czas stanu wojennego działam bardzo aktywnie. Zajmuję się między innymi kolportażem, drukiem i organizuję pisma: „Manifeściak” i „Goniec Jastrzębski”. Decyzja o wydawaniu „Gońca” zapadła spontanicznie, pomiędzy świętami Bożego Narodzenia, a Nowym Rokiem u mnie w mieszkaniu w 1981 roku. Byli tam Jurek Pruś, Basia Stelmaszczonek, Andrzej Jarosz, dr Stanisław Wawryka. Akurat kolega wyjechał na 3 miesiące i zostawił pode mną wolne mieszkanie M-2. U niego była pierwsza drukarnia, z takich nieprofesjonalnych sprzętów - na wałek od pralki „Frania”, na matrycę, która była na maszynie pisana, zwykła pasta do butów. Drukowaliśmy jakieś 100-200 sztuk pisma, które opowiadało prawdę o strajku na KWK „Borynia” i miała na celu podtrzymanie na duchu mieszkańców, którzy już ledwo wytrzymywali nerwowo na widok wojsk. Nawoływaliśmy do powstrzymania oporu, ale wspieraliśmy wszystkich, by jeszcze trochę wytrzymali. Pisałem artykuły w jakiś 4 lub 5 wydaniach. Potem dostałem informację od Jurka Prusia, że trzeba szybko zamknąć druki, bo już jesteśmy na cenzurowanym.

Zanim dotarłem na kopalnię „Borynia” w stanie wojennym byłem szukany przez SB. Pierwsze zatrzymanie (24 godziny) miałem w 1982 roku, ale podczas przesłuchań nie podpisałem niczego. Zanim mnie zawieziono do więzienia jeździłem przez pół godziny z esbekami po Jastrzębiu prywatnym samochodem. Potem ja i Romuald Bożko byliśmy osadzeni w jednej celi, część chłopaków z Pomorza też wylądowała razem z nami w więzieniu, większości nie znałem. Bożko prowadził od rana, na złość wszystkim, modlitwy. Pobito go podczas stanu wojennego, ale w tym okresie nikt nie bił. Wtedy na sławnym pokoju 41, gdzie urzędował kapitan Kowol, przesłuchania prowadziło 3 esbeków. Pan Kowol to przesławna postać oficera jastrzębskiej milicji i zastępca komendanta, pana Burego. Bury został szefem SB w Rybniku, a Kowol Żor. Po wprowadzeniu stanu wojennego Bury wrócił na stanowisko komendanta na milicję w Jastrzębiu, a Kowol był znów jego zastępcą. Oni nas zapamiętali i mieliśmy w stanie wojennym z nimi ciężką przeprawę. Prym w trakcie przesłuchań wiedli Kowol, który odpowiadał za kopalnię „Zofiówka” z ramienia SB oraz Osiadły i Nowak. Oni trzej byli bardzo agresywni, najostrzejsi. Później przesłuchiwał mnie Piątkowski, który był młodym oficerem SB. Przyszedł do komendy w 1984 roku i przejął stanowisko po Kowolu, którego wyrzucono z bezpieki. Przesłuchiwał mnie w 1984 roku, po wyrwaniu mnie z domu na przesłuchania. Komenda w Jastrzębiu to była wręcz katownia.

Zaraz po zabraniu mnie na komendę dostałem do podpisania pismo, w którym miałem przyznać się do zakłócania porządku. Zazwyczaj oznaczało to, że byliśmy nachlani. Zabierali nas z demonstracji, gdzie np. składaliśmy kwiaty i wieńce, a na parkingu kopalnianym stała służba bezpieczeństwa i dla nich był to policzek. Dlatego nas lali, dlatego musieliśmy wyrywać Stasię Krauze z suki milicyjnej, bo baliśmy się o nią. Kiedy szliśmy na Mszę za Ojczyznę konwojowały nas kordony bezpieki i milicji. Był taki moment, w którym zatrzymano w Jastrzębiu Andrzeja Gwiazdę, który przyjechał do Leszka Osiaka i „Solidarności” jastrzębskiej. Ale pod Supersamem górnicy nie dali go zabrać, przewrócili radiowóz. Założono mu sprawę w sądzie w Wodzisławiu. Na rozprawie pojawiło się nas tylko sześciu by go wesprzeć: Leszek Osiak, Romek Bożko z żoną, ja byłem, Stasiu Kosek, Stasiu Pasek i Henio Ochnio. To był zespół, który jeździł prawie na wszystkie sprawy. Musimy powiedzieć o tych ludziach i innych, którzy bardzo wiele zrobili: Jurek Nowosielski, Poldek Sobczyński, Edzio Bogdanik, Władek Matysiak – oni razem z poprzednio wymienionymi byli szpicą, która ciągnęła Tajną Komisję Zakładową. Jeździliśmy do Gdańska, na wizytę papieża, czy do Wrocławia na msze za ojczyznę, czy do Warszawy… zakładaliśmy mundury górnicze i jechaliśmy jako „Solidarność” Śląska, a czasem, jako region śląsko-dąbrowski, bo często poza nami nie było nikogo.

W tamtym czasie, w 1982 kiedy byłem aresztowany, przyjechała tablica ze Szczecina do naszego kościoła. Mieli przyjechać też Ania Walentynowicz i Andrzej Gwiazda, ale zatrzymano ich w Katowicach. Wówczas żona była z synem u siostry w Brzegu, a ja zostałem z 4-letnią córką w domu. Zamknąłem ją samą i poszedłem na Mszę za Ojczyznę, zostałem zaraz po mszy aresztowany. Jednak będąc już w celi dostałem informację, którą przemycono mi w paczce papierosów, że z moją córką jest wszystko w porządku. Przyszedł do niej Wiesio Radke z żoną i wręcz wyważyli drzwi, żeby się dostać do środka. Wtedy byłem długo przesłuchiwany, Kowol zostawił teczkę z dokumentami na biurku podczas przesłuchania. Zostawił mi jeszcze na biurku paczkę klubowych, wypaliłem ich pięć. Po czym wszedł i zapytał: „I co?”. Odpowiedziałem bezczelnie: „I g…”. Liczył na to, że kogoś wsypię, albo, że zdradzę panujące nastroje. Później, w 1985 podczas rocznicy strajku pojechałem na obchody do Wrocławia. Po tych manifestacjach SB aresztowało górników.

Janka Szczęśniaka poznałem końcem 1981 roku, z jego grupą kolportacyjną miałem kontakt przez jakieś 4 miesiące. On sam w 1982 lub 1983 roku wyjechał do Stanów, bo został „wsypany” kiedy zbierał pieniądze na kopalni dla internowanych. Był u mnie kilkakrotnie w domu. Z tej grupy znałem i pamiętam przede wszystkim (na KWK „Jastrzębie”) Janka Szczęśniaka, który był przewodniczącym oddziałowym. Kiedy zamknięto podczas stanu wojennego Henryka Nejmana i wielu innych zacnych ludzi to Szczęśniak rozkręcał tę działalność. W organizacji Szczęśniaka byli jeszcze: Romek Kończal, Jurek Pruś (od niego dostałem informację o zamknięciu Janka) i Roman Horak. Spotkania odbywały się u mnie. Janek Szczęśniak bardzo mocno wszedł w zbiórkę pieniędzy. Cała grupa zajmowała się pomocą internowanym, ale też organizowała spotkania organizacyjne i kolportaż. Spotykaliśmy się „na górce”, dla zmylenia przeciwnika w starej kotłowni, gdzie tylko nieliczni znali wejście. Nie chcieliśmy narażać księdza prałata Czerneckiego, aczkolwiek on się nie bał nigdy nikogo i niczego. Janek bardo szybko wpadł w tej konspiracyjnej organizacji i został aresztowany i internowany. Pamiętam, że nieśliśmy pomoc jego żonie. Po wyjściu z więzienia z wyrokiem w zawiasach szybko zdecydował się na wyjazd z kraju. Razem z nim wyjechał Czesiek Sławek i Antoni Jurkiewicz. Jednocześnie z nimi wypuszczono z więzienia Nejmana, ale on nie wyjechał z kraju. Został zwolniony z pracy w kopalni i pracował w ZOZ-zie, zakładzie pracy mojej żony, jako palacz. To był uczciwy, dobry chłopak. Choć wiele ryzykował to otwarcie zbierał pieniądze na działalność konspiracyjną. Było wiele tzw. „krzykaczy” na KWK „Jastrzębie”, a on jeden miał odwagę wszystko robić wprost. Jego szybko „sprzedano”, ujawniono jego działalność.

Grupa Kolka zajmowała się finansowaniem i drukowaniem, kolportażem i rozprowadzaniem materiałów podziemnych. On miał koncepcję taką, by wysadzić czołg w Żorach. U niego w domu, w trakcie przesłuchań, znaleziono duże ilości materiału wybuchowego. Magazynował sobie materiały, by aktywnie działać przeciw władzy i milicji. W 1980 roku zawiązała się „Solidarność” w milicji i Janek Kolk miał tam podobno znajomości. Dzięki kuzynowi czy innej osobie być może zdobył zdjęcia z pacyfikacji KWK „Zofiówka”. Nie wiem, czy naprawdę tak było, za to mam wiele innych pewnych informacji na temat jego działalności. Mogę powiedzieć o jego pierwszej drukarni powstałej w kwietniu lub marcu 1982 roku. Zadanie otwarcia jej dostał Mirek Błaszak, który został zwolniony z pracy już wcześniej. Razem z nim uczestniczyli w tym: Wiesiek Radke, Tadek Rydlak, Edek Słoneczny, Horak. Pierwsza drukarnia działała na zasadzie czcionek metalowych, z których robiliśmy matrycę. Załatwił to Błaszak, który miał kuzyna w drukarni w Toruniu. On to przywiózł, ale ktoś go potem „sprzedał”. Jednak tych czcionek nigdy nie znaleziono. Ja i Blaut drukowaliśmy pierwsze egzemplarze, jednostronicowych pisemek w mieszkaniu M-2 na Katowickiej. Pojawiali się tam różni dziwni ludzie, o których nic nie wiedzieliśmy. Po miesiącu dostaliśmy cynk, że trzeba się stamtąd zwijać. Cała drukarnia została spakowana do wersalki i pod pozorem przeprowadzki przenieśliśmy ją do Leszka Osiaka. Zdążyliśmy na godzinę przez przyjazdem bezpieki. Tak zakończyła się działalność tej drukarni. Prawdopodobnie wsypa zaczęła się od Wiesia Radke, który za dużo powiedział. Współpraca kolportażowa układała się dobrze z kolegami z mojego rodzinnego Brzegu. W Nysie pomagał nam Janusz Sanocki, później został burmistrzem gminy. Do Jastrzębia przywoziłem pisma wrocławskie i „bibułę” z całej Polski: „Z dnia na dzień”, „SW”, „Solidarność walcząca”, „Bez cenzury – region Mazowsze”. Zbyszek Oliwa z Brzegu i Waldek Gronowski byli w ten kolportaż bardzo zaangażowani.

W restauracji Leśna dla wszystkich członków „Solidarności”, którzy płacili składki były organizowane integracyjne zabawy karnawałowe. Wszyscy mieliśmy w klapach znaczki „Solidarności”, organizowaliśmy luźne spotkania z orkiestrą i śpiewaliśmy piosenki wolnościowe, a SB nas na zewnątrz pilnowało. Za organizację tego odpowiadał Władek Matysiak. Było to bardzo dobrze zorganizowane, naprawdę „z głową”. W 1987 roku wszedłem w skład Tajnej Komisji Zakładowej przez KWK „Manifest Lipcowy” i miałem swoją grupę. Prezydium TKZ działało pod pseudonimem „Sokół”. Ja nie miałem pseudonimu, reagowałem na znak. W w maju 1988 TKZ próbuje wzniecić strajki na kopalni „Manifest Lipcowy”, ale bez sukcesów. 9 maja doszło do pierwszych aresztowań. Później aresztowano między innymi Janka Golca, Edwarda Jarka, Paska i wielu innych. Wszyscy byli zabierani z mieszkań i zatrzymani na 48 godzin.

W 1987 roku byłem w Gdańsku na wizycie papieża, reprezentowałem Region śląsko-dąbrowski. Pojechała ta sama ekipa: ja, Stasio Kosek, Henio Ochnio, miał jechać Tadek Jedynak, ale wystawił kogoś innego za siebie, bo się pochorował. Zatrzymaliśmy się w Gdańsku Brzeszczu i zadzwoniliśmy do domu Bogdana Lisa informując, że jesteśmy już na miejscu. Około 7 rano chłopcy z gdańskiej „Solidarności” przerzucili nas do Bogdana. Przebraliśmy się w mundury. Tam było już sporo ludzi, między innymi reporterzy zachodni. Od niego wyszliśmy na mszę, widzieliśmy cały Gdańsk, który wyglądał jak cyrk. Ludzi oddzielono od bezpieki metalowymi bramkami. Jak nas zobaczyli, to nie wiedzieli co z nami zrobić, bo było dość sporo ludzi. A my w tych mundurach… Nagle słyszymy: „Solidarność” Jastrzębie – niech żyje!”. A to szli koledzy z opozycji z Dolnego Śląska, z Alei Pracy, od Franciszkanów. Potem padło hasło: „Górnicy z nami!”. Prowadziliśmy tę cała manifestację pod Stocznię Gdańską, pod pomnik. Na wysokości teatru muzycznego w Gdańsku wyjechali milicjanci z czterech stron i zaczął się kocioł. Tramwajarze zablokowali pierwszy atak milicji. Części udało się uciec, a niektórych pozamykano. Mnie aresztowano. Z munduru górniczego zostało jedno pióro w czapie i kawałek szmaty, reszta była potargana. Siedziałem tam 48 godzin. Po powrocie zostałem zwolniony z pracy. Stasiu Pasek mnie uprzedził, że wezwano planistki kierownika oddziału w mojej sprawie do dyrektora. W 1988 moje zwolnienie zostało zaliczone jako represja za działalność polityczną.

W sierpniu 1988 roku organizowałem z Leszkiem Zubikiem strajk na KWK „Morcinek”. Później dotarł Andrzej Andrzejczak. Wszedłem w skład Komitetu Strajkowego, potem jakiś czas byłem w TKZ, a potem zostałem przewodniczącym Miejskiej Komisji Koordynacyjnej w Jastrzębiu Zdroju. Następują wtedy zmiany w Służbie Bezpieczeństwa, Bury musiał pożegnać się z pracą. Wstyd mi mówić za moich kolegów - w gabinetach SB, gdzie potem była świetlica, przekształcono milicję w policję. Zapytano społeczność związkową, co ma do tego i niestety odpowiedziała cisza. Wtedy powiedziałem krótko, że aby zaakceptować zmiany on musi podać się do dymisji, przypominając to, co robił ze strajkującymi w 1980 roku. Następnego dnia nastąpiła jego natychmiastowa dymisja. „Poleciała” cała bezpieka: Hawełka, Pałka z prokuratorów i trzech sędziów. Pomagał w tym Leszek Piotrowski, który był posłem na sejm. Wówczas wszystko konsultowaliśmy z księdzem Czerneckim. Jednak kiedy chcieliśmy dalej wyczyścić bezpiekę nie wyraził na to zgody ówczesny Minister Spraw Wewnętrznych Kozłowski. Zabronił więcej zmian wewnętrznych. W 1989 roku podpalono mi drzwi, zrobił to jeden z byłych pracowników SB. Wszyscy, których wtedy wywalono z milicji musieli zostać kontrolerami biletów w autobusach. Wyleciał między innymi Podsiadły. W tym momencie darowałem już sobie dochodzenie swoich praw, bo stwierdziłem, że pracę stracili i już konsekwencje ponieśli. Zaowocowało ich zachowanie z czasów komunizmu. Nie podobało mi się potem, że w Komitecie Obywatelskim, który mieścił się w tym samym budynku co SB pracowali ludzie różnego pokroju. To była zbieranina ormowców i partyjnych, motłoch przesadzony na inne stanowiska. Potem miałem starcia z pierwszym prezydentem, kiedy wyrwałem im tablicę z napisaną nazwą „Solidarność”, bo nie zasłużyli na to.

To był piękny okres mojego życia i ani chwili nie żałuję. Zrobiłbym to jeszcze raz, „Solidarność” mam w sercu, nikt mi tego nie zabierze. Moja walka o wolną Polskę była kontynuacją drogi ojca i dziadka. Mój ojciec umierał w 1984 roku, jego ostatnim życzeniem było, by wpiąć mu w klapę znaczek „Solidarności”. Przewróciłby się w grobie, gdybym podpisał cokolwiek podczas przesłuchań. Ale ja zawsze byłem wierny moim ideałom.

Opracowanie: Andrzej Kamiński