Relacja:Zygmunt Chrzanowski

Z Encyklopedia Solidarności

Tylko w Internecie.

Relacja Zygmunta Chrzanowskiego

Vaxja, Szwecja, 21 VII 2009

Ojciec powiedział mi kiedyś: lepiej umrzeć niż zostać komunistą, a wiedział co mówi. Rodzina mojego ojca mieszkała na Zamojszczyźnie, stamtąd komuniści wywieźli ich na Syberię. Ojciec miał wtedy cztery lata. Z całej wywiezionej rodziny do Polski wrócił tylko on ze swoją siostrą, bo Sowieci pozwolili na powrót jedynie dzieciom do lat 10. Do końca życia zapamiętał tamtejsze warunki życia i sposób traktowania ludzi przez funkcjonariuszy sowieckiej władzy. Ojciec wychował się w Domu Dziecka w Garwolinie, tam ukończył szkołę podstawową i technikum samochodowe, a następnie rozpoczął pracę w fabryce FIATA w Warszawie. To wszystko działo się jeszcze przed wojną. Ja również urodziłem się w Garwolinie i tam odebrałem wykształcenie. Pracowałem jako operator spychaczy i ładowarek. Jeszcze jako kawaler trochę jeździłem po Polsce. Ożeniłem się w Garwolinie. Po założeniu rodziny przyszedł czas, aby pójść „na swoje”. Dlatego, tak jak wielu innych, przyjechałem na Śląsk. Było to w roku 1971. Początkowo zamieszkaliśmy w Domu Górnika. Rozpocząłem pracę na kopalni w Rydułtowach, a żona w fabryce prefabrykatów dla potrzeb górnictwa. Po około trzech miesiącach otrzymałem mieszkanie w Jastrzębiu Zdroju i przeniosłem się na kopalnię Borynia.

Przyszło lato 1980 roku. Stanęło pół Polski, a Śląsk ciągle pracował. W porównaniu do reszty Polski Śląsk był w bardzo dobrej sytuacji materialnej. Gierek był tak „dobry”, że skutecznie udało mu się podzielić Polskę na tę lepszą, czyli Śląsk i gorszą, czyli całą resztę kraju. Śląsk musiał stanąć, żebyśmy przez całą Polskę nie byli postrzegani jako zdrajcy. Już wcześniej traktowano nas niedobrze. Kiedy pojechało się na wybrzeże, to wyśmiewano nas za milczenie w sprawie Gdańska, Szczecina czy Radomia. Problem Śląska polegał na tym, że nie mieliśmy lidera, nie było tutaj kogoś, kto pociągnąłby za sobą ludzi. We wcześniejszych wystąpieniach antykomunistycznych inteligencja nie potrafiła zgrać się z robotnikami. Później w 1980 roku to się udało. Zryw solidarnościowy spowodował zjednoczenie prawie całej Polski, jedynie Śląsk jeszcze odstawał. Wówczas sytuację uratował Kościół Katolicki. Uważam, że to hierarchowie naszego śląskiego kościoła popchnęli nas do strajku. Kiedy stanęły kopalnie Manifest i Borynia, wtedy esbecja rozpuściła plotkę, że Jarosław Sienkiewicz jest opozycjonistą i członkiem KPN. Mówiono, że znajduje się w areszcie domowym i w jego obronie trzeba strajkować. Niektórzy z nas – ci, którzy lepiej znali Sienkiewicza – oburzyli się na taki śmieszny postulat. Zaczęliśmy przekonywać ludzi, że potrzebujemy wolnych związków zawodowych i żebyśmy lepiej przyjrzeli się temu, o co strajkują ludzie na wybrzeżu. Większość załogi dała się jednak „nabrać” na Sienkiewicza i w glorii zawieźli go na Manifest. Miał wyższe wykształcenie, więc zrobili go szefem MKS. Załogi kolejnych kopalń też się dały na to nabrać. Wraz z Zenkiem Doruchem pozostaliśmy osamotnieni, nasz głos w ogóle się nie liczył. Oczywiście, jak wszyscy wiemy szybko „wyszło szydło z worka”. Pił bez opamiętania i w końcu zaczął się chwalić bronią służbową. A kto w tamtych czasach mógł mieć broń? Kiedy odbywały się u nas na kopalni wybory, to on na nie przyjechał, a przecież był reprezentantem Boryni do MKR. Według procedury powinniśmy go oddelegować. Był po prostu samozwańcem. Na szczęście rychło zorientowaliśmy się, kim on jest w rzeczywistości.

Po strajku i podpisaniu Porozumienia Jastrzębskiego Komitety Strajkowe zaczęły przekształcać się w Tymczasowe Komitety Założycielskie. Po rejestracji Solidarności odbywały się wszędzie wybory do władz związku. Najpierw oddziałowe a potem zakładowe. Przewodniczącym KZ NSZZ Solidarność na naszej kopalni został Tadeusz Błaszczyk. W skład kolegium weszli jeszcze Zenek Doruch, Krzysiek Hańcka oraz ja. Innych nazwisk nie potrafię sobie przypomnieć. Jeśli chodzi o Ryśka Kusia, to według mnie był on drugim samozwańcem od nas w MKR. Załoga walczyła o to, aby wrócił na zakład, a Jarek Sienkiewicz upierał się, że ma zostać przy nim. Takie mieliśmy wtedy dylematy. Działałem w ścisłym dziesięcioosobowym prezydium, ale nie byłem wśród tej etatowej piątki. Druga piątka była nieetatowa, ale bez nas żadna poważniejsza decyzja nie mogła zostać powzięta.

Te szesnaście miesięcy do wybuchu stanu wojennego wypełniła nam ciężka praca. Wszyscy zapisywali się do Solidarności, byliśmy wtedy gośćmi we własnych domach. Przychodziłem do mieszkania tylko zjeść i wracałem z powrotem do zakładu pracy. Trzeba było załatwić wiele spraw i pójść na różne spotkania. Pamiętam, jak Rysiek Kuś nie przekazał nam informacji o spotkaniu solidarnościowego Związku Emerytów i Rencistów, które się właśnie konstytuowały. Powinien przesłać informację o tym wydarzeniu na wszystkie kopalnie, a nikogo nie powiadomił. Informacja dotarła tylko do MKR. Nie wiem sam, czy to z jego strony było zaniedbanie, czy świadoma dywersja. W tamtym okresie trudno nam było dojść do porozumienia z MKR.

SB niby wiedziała o nas wszystko, a jednak komuniści musieli się nas bać skoro w końcu potrzebny był stan wojenny. Początkowo w ogóle nie dopuszczałem do siebie myśli o tym, że może dojść do takiej konfrontacji władzy z narodem. Mieliśmy sąsiada, który nazywał się Tadek Kocur i za wolnomyślicielstwo został karnie usuniętym ze służby oficerskiej Wojska Polskiego. Miesiąc przed wprowadzeniem stanu wojennego przyszedł do nas i powiedział, że coś się szykuje, bo dostał wezwanie do jednostki. Wtedy mogłem się już spodziewać najgorszego. 13 grudnia 1981 roku zastał mnie w pracy. Jakiś czas przed stanem wojennym uległem wypadkowi „na dole” i w omawianym okresie pracowałem już w straży przemysłowej. Owej feralnej nocy miałem właśnie służbę. Na kopalnię przyjechali prawie wszyscy z KZ oprócz Tadka Błaszczyka. Później dowiedzieliśmy się, że SB zatrzymało Tadka już w mieszkaniu. Od razu zaczęliśmy organizować Komitet Strajkowy. Między innymi był tam Krzysiek Szablewicz, prawie cały KZ tam był. Nie mogli zawieść niczyich oczekiwań, przecież to właśnie oni nas wybrali! Podzieliliśmy się obowiązkami, ja zajmowałem się zabezpieczeniem kopalni. 15 grudnia zaczęły się pacyfikacje kopalń. Gdy dotarli do nas ludzie z kopalni „Manifest”, opowiedzieli nam o tych okropnych rzeczach które się u nich wydarzyły. Kopalnia nie była jeszcze otoczona przez wojsko i ZOMO. Oddziały pacyfikujące strajki jeździły z kopalni na kopalnię po kolei tłumiąc rozruchy. Po pacyfikacji Manifestu przyjechali do nas. Rozmowy z komisarzem wojskowym prowadził Rysiek Będkowski. Aby uniknąć tego co się działo na „Manifeście”, ustalili, że ZOMO nie wchodzi na teren kopalni, a my spokojnie opuszczamy zakład. Jakoś pod wieczór Będkowski podpisał porozumienie z tym komisarzem. Załoga zaczęła opuszczać kopalnię, natomiast ZOMO weszło do Domu Górnika i tam zaczęli bić pracowników. Ludzie się wzburzyli i wrócili na kopalnię z Józkiem Grembowskim na czele. Wtedy zaczęła się ta druga faza strajku, „na ostro”. Z dołu wywieziono dynamit i zaminowano bramę główną. Potem ludzie zaczęli przygotowywać „koktajle Mołotowa”. Trochę się tym przeraziłem, bo załogę aż nosiło. Starałem się jakoś wyciszyć nastroje. Przecież większość z tych ludzi nigdy nie odbyła służby wojskowej, nie wiedzieli, co to dyscyplina wojskowa i nie umieli obchodzić się z materiałami wybuchowymi. Mogło dojść do tragedii, bo mówię o kopalni metanowej. W razie wybuchu powstałaby tylko olbrzymia dziura w ziemi. Sytuacja była groźna. 16 grudnia dowiedzieliśmy się o pacyfikacji kopalni Wujek. Determinacja strajkującej załogi wzrosła jeszcze bardziej. Temperatura emocji sięgnęła zenitu. Jeśli idzie o rozmowy z dowódcą sił milicyjnych, to Józek Grembowski przedstawił mu proste ultimatum: wy wycofujecie się i wracacie do jednostek, my rozminowujemy i opuszczamy zakład, a potem bierzemy się do pracy. Jeśli wejdziecie na zakład to będzie jatka. My zginiemy, ale i wy zginiecie. Przywódcą drugiej fazy strajku był właśnie Józek Grembowski, bo Będkowskiego Ryśka esbecja zwinęła jak tylko opuścił kopalnię wieczorem 15 grudnia. Sytuacja była patowa. Odwiedzali nas księża, żeby jakoś rozładować atmosferę i namówić nas do wyjścia. Nic to nie dało, bo trzymaliśmy się naszego ultimatum. Mogli się już tylko za nas modlić. Wiedzieliśmy, że wśród nas są agenci SB. Podejrzewaliśmy, że będą próbowali od wewnątrz stłumić strajk. Nie podejmowali żadnych działań, bo bali się, że w razie czego kopalnia zostanie wysadzona w powietrze, a o tym, gdzie jest zapalarka wiedział tylko jeden człowiek. Kopalnię opuściliśmy 18 grudnia, zmęczeni i zrezygnowani, bez żadnych gwarancji bezpieczeństwa. Potem zabierali nas po kolei z domów. Ja też czekałem po prostu na swoją kolej. Cały Komitet Strajkowy otrzymał natychmiastowe wymówienia z pracy. Ci którzy był najbardziej zaangażowani w strajk również dostali wypowiedzenia. Najbardziej przyczynił się do tego komendant ORMO na Boryni. Nie pamiętam jego nazwiska. Przed aresztowaniem spotkałem się z Zenkiem Doruchem i uzgodniliśmy, że nie możemy się ukrywać. To nie miało sensu, bo prędzej, czy później i tak by nas dostali. Przyjechali po mnie 31 grudnia w Sylwestra. Wsadzili mnie do „suki”, a potem pojechali po Zenka. Zawieźli nas bezpośrednio do Katowic na ul. Lompy. Zostałem aresztowany pod zarzutem organizowania strajku na podstawie dekretu o stanie wojennym. Z Lompy przewieźli nas do aresztu śledczego znajdującego się na ul. Mikołowskiej, stamtąd doprowadzali nas na rozprawy sądowe. W celi siedziało nas dwóch politycznych z sześcioma kryminalistami. Na Mikołowskiej nas nie bili, za to na Lompy zrobili nam „ścieżkę zdrowia”.

Żona zaczęła mnie szukać od razu na drugi dzień po aresztowaniu. Na posterunku milicji w Jastrzębiu powiedzieli jej, że ma mnie szukać po szpitalach, ale ona nie dała im się zbyć. W końcu zażądała rozmowy z komendantem i dopiero ten poinformował ją, że wywieźli nas na Lompy do Katowic. Już 2 stycznia żona przywiozła mi paczkę, bo aresztujący mnie milicjanci nie pozwolili mi wziąć z domu niczego. Nawet nie pozwolili mi się cieplej ubrać, a zima była wtedy ostra. Wszyscy ucieszyliśmy się z paczki, w której był chleb i papierosy. Na Lompy przesłuchania nie prowadziła milicja czy esbecja tylko oficer wojskowy. Na Mikołowskiej nas już nie przesłuchiwali. Oczekiwaliśmy wysokich wyroków. Wiedzieliśmy, że za opór na Boryni prokuratura nam nie odpuści. Rysiek Będkowski dostał 4,5 roku więzienia. Moja rozprawa miała miejsce 23 stycznia 1982 roku i dostałem 1,5 roku w zawieszeniu na 3 lata oraz 2 lata pozbawienia praw publicznych.

Wróciłem do domu. Oczywiście pracy nigdzie dostać nie mogłem. SB proponowała nam podpisywanie lojalek za możliwość powrotu do pracy. Jasne było, że nikt z naszych nie podpisał. Miałem rentę powypadkową, więc jakoś z biedą mogłem utrzymać rodzinę. A poza tym mieliśmy pomoc z kościoła „na górce”. SB ciągle nas nękała. Co jakiś czas miałem w domu albo rewizję, albo zamykali mnie na 24 godziny. Zdarzało się nawet tak, że kiedy siedziałem „na dołku” to przychodzili do żony i przeszukiwali dom. Nie zważali na dzieci, chodząc z bronią po mieszkaniu. Nie ważna była dla nich pora dnia czy nocy. Uprzykrzali życie, a czasami rzeczywiście w domu były jakieś ulotki, czy gazetki solidarnościowe. Żona musiała je dobrze chować. Nie spotkaliśmy się nigdy wcześniej z tak złym traktowaniem. W końcu podjęliśmy z żoną trudną dla nas obojga decyzję o opuszczeniu tego kraju. Dla mnie ci, którzy zostali w Polsce byli i są bohaterami. Przecież nam tam też niczego nie brakowało. Mieliśmy mieszkanie, była praca… tylko ten reżim komunistyczny… to było nie do wytrzymania.

Mieliśmy różne propozycje wyjazdu. Wybraliśmy Szwecję. Pojechało nas tam trzech: Hańcka Krzysiek, Kuś Rysiek i ja. Najpierw był obóz przejściowy i trzeba było opanować język, choćby w podstawowym stopniu. Spotykaliśmy tam ludzi z całej Polski. Utrzymujemy kontakt ze sobą do dziś. Potem rozjechaliśmy się po całej Szwecji. Początkowo komuniści bardzo nam utrudniali kontakty z rodziną w Polsce. Ostatecznie otrzymaliśmy bilet tylko w jedną stronę. Najgorsze było to, że musiałem się zrzec obywatelstwa polskiego. Nie wpuścili mnie do Polski nawet na pogrzeb matki w 1987 roku. W chwili obecnej jeśli chcielibyśmy odzyskać obywatelstwo to musielibyśmy wszczynać całą procedurę od nowa, mimo iż utrata obywatelstwa polskiego i tułaczka po świecie to była nasza cena za walkę o wolność. Bardzo nas to boli, że władze RP nic w tej sprawie nie robią. Nie stać ich wobec nas nawet na ten mały gest. W Szwecji jesteśmy Polakami, a w Polsce Szwedami; to gdzie jest nasza ojczyzna?

Komunistom nie udało się zlikwidować stoczni gdańskiej - zarzewia tylu buntów robotniczych. A teraz? Proszę bardzo - po cichutku stocznię rozprzedano i zlikwidowano. Mimo to uważam, że dokonaliśmy wielkiego dzieła: wywalczyliśmy wolność, tylko że ta wolność nie jest dla wszystkich. Komuniści przekształcili się w kapitalistów i w białych rękawiczkach przejęli majątek narodowy. Akt sprawiedliwości dziejowej nie dokonał się do końca, a naród podobnie jak związki zawodowe jest podzielony i skłócony.

Opracowanie: Andrzej Kamiński